Dobrzy zabójcy? — recenzja „Akame Ga Kill!”

0

Akame Ga Kill! to manga autorstwa Takahiro i Tetsuya Tashiro. Na jej podstawie powstało oczywiście anime. Nie oglądałam go, ale tytuł mignął mi kilka razy przed oczami. 

Dark fantasy jako gatunek nigdy mnie nie przyciągało, wyjątkiem jest właśnie ta piętnastotomowa seria. Może to właśnie z powodu reklamy anime? Co prawda recenzowałam już seriale, filmy, książki nawet anime, jednak pierwszy raz w życiu będę musiała wystawić opinię na temat mangi. Z początku nawet myślałam, czy jakoś nie podzielić tej recenzji, ale ostatecznie postanowiłam zawrzeć najważniejsze kwestie w jednym tekście.

Mang nie czytałam od lat, więc nie będę kryła, że każdy tom oglądałam bardzo dokładnie. Podobało mi się, że wszystkie mają obwolutę w pełnym kolorze, dzięki temu miałam pewność, że oryginału nie uszkodzę, do tego sama prezencja na tym zyskuje. Każdy wie, że oprócz wnętrza mangi, ważna jest jej kompleksja. Kiedy się zdjęło dodatek, były różne kadry. Nie skupiałam się na nich, przejrzałam tylko co poniektóre. Wyglądały dość zabawnie, więc do gatunku zupełnie mi nie pasowały.

Serię od razu ułożyłam, aby dojrzeć grzbiet. Zarówno oryginalnie, jak i na obwolutach, były pokazane postacie. Oczywiście różniły się pod względem kolorystycznym. Co prawda liczyłam na coś więcej, ale nie czułam jakiegoś szczególnego zawodu. Mogłam na starcie zobaczyć, jak będą wyglądali bohaterowie całej serii. Sam druk też jest bardzo dobry. Strony mają wysoką gramaturę, dzięki czemu trudniej je zniszczyć. 

Jeśli chodzi o samą kreskę w środku, to w ogóle się nie zawiodłam! Jest cudowna! Każdy kadr jest niezwykle precyzyjnie narysowany, a postacie dopracowane. Również tło za nimi nie odbiega jakością. Widać ogromny wkład i skrupulatność w każdym rysunku. Do tego czerń doskonale odbija się od białych kartek, dzięki czemu wzrok się absolutnie nie męczy przy czytaniu.

Jak już wspomniałam, mang nie czytałam od lat, więc na początku łapałam się na tym, że błędnie czytam każdy kadr. Dla pewności sprawdziłam kolejność i było mi o wiele łatwiej skupić się na historii. Co prawda sama uświadamiałam sobie te pomyłki, ale z czasem popełniałam ich już mniej.

Mogłam też skupić się na różnorodności. Dark fantasy powinno głównie przedstawiać krwawe zdarzenia. Tutaj były takie i to bardzo dobrze zobrazowane. Nie brakowało jednak także humoru. Zabawne ukazywanie postaci było tam dość częste, pojawiały różne docinki. To doskonałe urozmaicało historię. 

Akame Ga Kill! zaczyna się poznaniem silnego chłopaka o imieniu Tatsumi. Jest w dodatku bardzo naiwny i wierzy każdemu, kogo pozna, dlatego już przy pierwszej okazji zostaje okradziony.

Na szczęście jego wiara się opłaca i uzyskuje wsparcie w zamian za bycie prywatnym ochroniarzem, dopóki nie dostaje się do armii. Okazuje się też, że nasz bohater nie wyruszył w podróż sam, miał dwóch towarzyszy. Musieli się rozdzielić podczas napadu. Bawiły mnie kadry, gdy coś o nich wspominał i byli dorysowani z kontrargumentem. O tym właśnie wspomniałam wcześniej. Dark fantasy posypane garstką nietypowego humoru.

Dalej poznajemy Night Raid, czyli grupę zabójców, którzy eliminują wysoko postawionych urzędników. Już po pierwszych stronach wiem jedno — są bezwzględni! Dla nich liczy się tylko cel. Autorzy bardzo się postarali, żeby ta cecha była idealnie oddana. Spojrzenie Akame podczas walki budzi strach. Cała jej postać od początku jest wielką zagadką — niewiele mówi na początku, ale skutecznie morduje.

Dzięki Night Raid Tatsumi odkrywa prawdę o domownikach, którzy mu pomogli. Odnajduje również swoich przyjaciół. Sytuacja zmienia się diametralnie. Nie ma co kryć, całe życie bohatera wywraca się do góry nogami. Obrót spraw powoduje, że bohater musi dołączyć do grupy. Tylko pytanie — jak naiwny chłopiec poradzi sobie w roli zabójcy?

Już po pierwszym zadaniu chłopak zostaje przydzielony pod opiekę Akame. Dziewczyna wychowała się w dziczy, więc ona ze wszystkich postaci najbardziej mnie zaintrygowała. Wygląda na niewinną, a okazuje się, że jest genialną i bezwzględną zabójczynią. Odniosłam wrażenie, że to dziecko zamknięte w ciele dorosłej osoby. Jej historia nie jest usłana różami. Jak była małą dziewczynką, została sprzedana przez rodziców. Była uczona, aby zabijać bez zająknięcia. Dziwny zwrot akcji… Dostała zlecenie na szefową Night Raid, a jednak przyłączyła się do nich. Takie sytuacje, chociaż banalne, zawsze mi się mocno podobają. Nic nie jest właściwie wymyślone na siłę, to prosty schemat i jego efekt.

Jak Akame stwierdziła, misja jest zakończona sukcesem dopiero, gdy będzie zdany raport. Na całe szczęście się udaje. Bohater sam dostrzega, że wcześniejsze marudzenia na bycie kucharzem było bezsensowne. Można nawet dostrzec minimalne ocieplenie w jego relacji z Akame. Ona sama też jakby bardziej zaufała chłopakowi.

Następną trenerką jest Mine. To kolejna urocza zabójczyni. Różni się jednak od Akame pod względem wizualnym, czy nawet stylistycznym. Przypomina raczej dziewczynę z sąsiedztwa. Okazuje się, że jest ona genialnym snajperem. W życiu by mi do głowy nie przyszło, aby takiej osóbce dać taki talent. Jednak, jak się później można dowiedzieć, jej krew jest inna, do tego była wyśmiewana przez innych. Dołączyła do ekipy, by nikt nigdy nie cierpiał tak jak ona. Szlachetne.

Każda postać z mangi ma w sobie coś cudownego, ale to te dwie mnie najbardziej zaciekawiły. Przy czytaniu bardzo się na nich skupiałam. Tytułowa Akame to cicha, lecz zabójcza dziewczyna, a Mine wygląda jakby była żywcem wyjęta z jakiegoś serialu o przygodach szlachty, co zupełnie mija się z prawdą.

Sama historia ma w sobie to coś — pokazuje ciekawą drogę, jaką musieli przebyć jej bohaterowie. Chociaż byli mordercami, robili to w słusznym celu. Największą jednak ścieżkę pokonał Tatsumi. Po pierwsze, musiał zaufać obcym, którzy byli mordercami. Po drugie, został sam ze swoją misją. Musiał zdobyć chwałę i pieniądze. 

Postaci jest tam sporo. Zarówno tych głównych, jak i pobocznych. Każdy bohater ma w sobie coś szczególnego, jednak nie wiem co dokładnie. Na początku założyłam sobie, że to na protagonistach skupię się najbardziej. Jednak nietypowa fabuła sprawiła, że to w nią byłam zapatrzona.

Najważniejsze jest to, że nie dojrzałam jakiś błędów. Tomy trzymało się (w rękach) dobrze, czcionka nie męczyła oczu. Sceny walk były dynamiczne, ale równocześnie solidnie przedstawione. Cieszę się, że wydawnictwo Waneko zadbało o to, aby ta seria prezentowała się z klasą. Zarówno na zewnątrz, jak i w środku.

Jak to mam w zwyczaju, do czegoś dobrego wracam. Tutaj tak będzie. Z chęcią jeszcze raz przysiądę nad losami Night Raid, ale najpierw poszukam anime i je z chęcią obejrzę.

0 0 vote
Article Rating

Leave a Reply

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments