„Ruchomy zamek Hauru” – recenzja książki

0

Młoda Sophie Kapeluszniczka, z krainy zwaną Ingarią, przykuwa niechcianą uwagę czarownicy i zostaje zamieniona w staruszkę.

Diana Wynne Jones – brytyjska autorka powieści fantasy dla dzieci i dorosłych. Urodziła się w 1934 roku, zmarła w 2011 roku. Jest autorką kilkudziesięciu powieści, tłumaczonych na 15 języków.

Ruchomy zamek Hauru to pierwsza z serii książek o czarnoksiężniku, w 2004 roku doczekała się adaptacji animowanej, nominowany w 2006 roku do Oscara w kategorii najlepszy film animowany.

Nie dziwne, film jest genialny, po jego obejrzeniu byłam szczęśliwa, że będę mogła przeczytać książkę. Chociaż po zakończeniu zaczęłam się zastanawiać co jest lepsze?

Z tak szeroką pojętą fantastyką nie mam za dużo do czynienia, już od pierwszych stron pochłonął mnie świat otaczający Sophie. Sama okładka ma w sobie niewielką dozę tajemniczości, a opis mówi tyle ile powinniśmy wiedzieć, aby chwycić książkę do ręki.

Młoda dziewczyna, która widnieje na przegranej pozycji, ponieważ jest najstarsza z rodzeństwa. Właśnie to definiuje jej przyszłość, co jest niesamowicie niesprawiedliwe. Taka sytuacja jest od samego początku aż do końca.

Wiedźma z Pustkowia rzuca czar na Sophie, która staje się staruszką i nikomu nie może zdradzić tego sekretu. Udaje się więc w podróż i trafia do zamku czarnoksiężnika Hauru, w którym mieszka jego uczeń, Michael, a wszystkim steruje demon Kalcyfer. To właśnie on jest odpowiedzialny za poruszanie się statku. Zawarł też pakt z Hauru, niestety nic nie może zdradzić, mimo że staruszka ma mu pomóc w zerwaniu umowy. W zamian on pomoże zdjąć zaklęcie z niej.

O ile tajemnice Sophie znamy, o tyle układ Kalcyfera i Hauru jest nam zupełnie obcy. I między innymi to powoduje, że książka jest jeszcze ciekawsza.

Wścibska sprzątaczka Sophie!

Hauru okrywa się złą sławą wśród ludzi. Podobno porywa młode dziewczyny i zabiera im dusze. Cóż, po opisie wizualnym nie sądzę, aby musiał jakąkolwiek kobietę uprowadzić. Jego idealna postać dodatkowo nosi ze sobą gitarę, więc zapewne ma w czym wybierać, szczególnie że niewiele osób zdaje sobie sprawę, że kroczący po mieście chłopak jest czarnoksiężnikiem. Nawet sama Sophie nie była tego świadoma, kiedy spotkała go po raz pierwszy.

Staruszka usilnie pragnie odnaleźć dusze kobiet, nie zapominając o umowie z Kalcyferem. Dokładnie sprząta zamek, przy okazji zerkając tu i ówdzie. Nie mogła jedynie dostać się do sypialni Hauru, co od razu wzbudziło jej zainteresowanie.

Kilka razy nawet Hauru w pewny siebie sposób wyjaśnia coś, bez jej wcześniejszego pytania. Jasno dając także do zrozumienia, że jest bardzo wścibska, a on powolutku zaczyna się do tego przyzwyczajać.

Zapatrzony w swój wygląd!

Czy Hauru można nazwać próżnym? Zdecydowanie tak! Właściwie od początku czarnoksiężnik przedstawiany jest jako wizualny ideał, który zdaje sobie doskonale sprawę z tego, jak wygląda.

Dopada go czarna, a raczej zielona rozpacz, kiedy jego idealne włosy zmieniają kolor. Co gorsza jest to wina naszej bohaterki. Sprzątając popełniła gafę i tak właśnie włosy Hauru stały się… rude! Przez taką mało ważną kwestię popada w bardzo dziwny stan.

Opis był tak dokładny, że zdecydowanie można poczuć jakby się tam było i słyszało krzyk, czuło odór całego wydarzenia. Żal Kalcyfera, który niestety nie mógł uciec z miejsca zdarzenia.

Następnego dnia jego ból mija i o dziwo zaczyna widzieć pozytywy swojego nowego wyglądu.

„Uważam, że moje włosy całkiem nieźle wyglądają w tym odcieniu”.

Sophie od razu zwróciła mu uwagę, że najpierw musiał ubrudzić wszystko w zamku, do tego wzbudził strach u mieszkańców miasteczka, by później dojść do tego, że jednak wygląda dobrze.

W dodatku okazuje się, że Hauru jest zwykłym podrywaczem bez serca! Walczy o względy kobiety, a kiedy już zdobywa cel… Znika. Przez to Kalcyfer i Michael muszą się użerać z całymi rodzinami załamanych dziewczyn.

Hauru, mimo że jest silnym czarnoksiężnikiem, po złapaniu przeziębienia użala się nad sobą, nawet oznajmia, że położy się do łóżka, gdzie może umrze. No cóż, kto nie lubi po marudzić, kiedy nie może oddychać przez nos? Michael biegał do niego i spełniał wszelkie zachcianki, zaś Sophie go ignorowała aż do czasu.

Podobało mi się, że nawet w tak trywialnej sytuacji zostały wplecione magiczne elementy, a opis był bardzo dokładny.

Jedno jest pewne, jeśli ktoś nie lubi bohaterów zbyt idealnych, Hauru nie zajmie wysokiej pozycji w ulubionych postaciach fantastyki.

Starość, nie radość!

Sophie od początku zamiany w staruszkę odkrywa tego wszelkie negatywne skutki.

Podróż do samego zamku to dla niej ogromna wyprawa. Podpiera się o laskę, którą znalazła. Do tego później reumatyzm daje o sobie znać. O ile każdy przygotowuje się na takie sytuacje w mniejszym lub większym stopniu, o tyle Sophie z minuty na minutę po prostu zyskała kilkanaście lat. Nawet upał w mieście szybciej ją męczy niż kiedyś.

Jako młoda dziewczyna Sophie wykazuję się dużą odpowiedzialnością. Uspakaja kłótnie sióstr, po śmierci ojca pomaga w sklepie z kapeluszami. Jest bardzo cicha i nieśmiała. Według mnie, znacznie ułatwiło jej to w nagłe wkroczenie w babcine życie. Pozwoliło na idealnie odegranie roli starszej pani.

Lekko zaczęła się gubić, kiedy młodsze siostry zamieniły się miejscami i jedna spotykała się z innym, a druga z kolejnym. Dopiero pod koniec sytuacja zaczynała być bardziej klarowna. I nawet połapałam się w tym całym „zestawieniu”.

Magia!

Magiczne elementy są tutaj zdecydowanie podstawą. Co prawda nie ma wymyślnych nazw zaklęć, ale są fantastyczne opisy.

Chociażby sytuacja z użyciem siedmiomilowych butów, aby dostać się do siostry Sophie. Śmiać mi się nawet chciało, kiedy te przeskoki były podzielone przez „wiuu!” – jedno słowo, a było idealnie dopasowane.

Urzekła mnie też scena, kiedy Michael musiał złapać gwiazdę po to, aby rozwiązać zagadkę zaklęcia. Krótka scena rozczuliła moje serce, do tego nawet chłopakowi było jej żal. Ostatecznie jednak odetchnęła z ulgą po wyjaśnieniach Hauru, że takie było zakończenie ich pomysłu, chociaż nie do końca było wiadomo dlaczego.

Magiczne zaklęcie, nad którym pracował młody chłopak, okazało się zupełnie czymś innym. Wyjaśnienie tego błędu było dość zabawne, a zarazem takie proste. Mimo to wplecione były magiczne elementy.

Hauru kupił dawny dom Sophie, gdzie przeniósł swój zamek. Było to niemałe wyzwanie napisane w bardzo dokładny sposób. Opis magicznego „rytułału” był energiczny, ale zrobiony tak dobrze, że aż zapragnęłam, aby tam być i to zobaczyć na własne oczy.

Po jakimś czasie okazuje się, że czarnoksiężnik doskonale zdawał sobie sprawę, że Sophie jest zaczarowana. Co najdziwniejsze – próbował nawet zdjąć to zaklęcie, gdy ta nie widziała. Do tego wszystkiego dochodzi nowy, zaczarowany towarzysz. Człowiek zmieniony w psa, który – jak się okazuje – przybył, aby bronić staruszki na polecenie jej siostry. Sophie nie mogła nikomu zdradzić faktu, że Wiedźma z Pustkowia ją zmieniła, a okazuje się, że każdy zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Co najlepsze? Nikt tego nie zdradził wcześniej, dopiero podczas zwykłej rozmowy.

Sophie nie taka zła!

Po pewnym czasie można zauważyć, że każdy z bohaterów przywiązuje się do Sophie. Nie jest już nieznośną staruszką, tylko niejako częścią ich życia.

Kalcyfer przyspiesza zamek, marnując swoje siły, aby uciec przed strachem na wróble, który ich gonił, a staruszka się go bała. Po opisie sytuacji widać, że martwił się o nią i jej stan.

Michael również okazuje jej większą sympatię małymi gestami. Na przykład przyniesieniem ciasta, które kupił z myślą o niej. Kiedy była słaba, również się nią zajmował.

Ich postępowanie wobec niej zmienia się stopniowo, autorka nie przedstawiła szybkiej zmiany uczuć, tylko właśnie dokładnie pokazała proces przywiązania się tej dwójki do Sophie.

Jedynie Hauru otacza ją troską z własnych pobudek. Chciał ją wysłać do specjalnego zadania i chyba dlatego nagle zmartwił się jej pogorszonym stanem zdrowia. Tak zresztą uważa Sophie.

Z kartki na kartkę widać jak bardzo domownicy zbliżyli się do siebie. Najbardziej podoba mi się to, że nie dzieje się to hop-siup, tylko właśnie stopniowo, a oni nawet nie zdają sobie z tego sprawy od razu.

Sophie i Hauru – to dość skomplikowane!

Cała książka, oprócz magicznych elementów, opiera się głównie na relacji czarnoksiężnika z kobietą. Hauru jest wobec niej zmienny. Raz na nią krzyczy, czepia się, by po chwili zacząć się martwić.

Bardzo podobała mi się prosta wymiana zdań między nimi. Było czuć nutę kabaretu, ale i powagi, kiedy czarnoksiężnik nazywał ją wścibską, a ona mu się odgryzała na swój babciny sposób. Zdarzało się to dość często, co zdecydowanie dodawało uroku ich relacji. Same dialogi były lekkie i idealnie wplecione w sytuacje.

Hauru postanawia zamienić swoją wścibską sprzątaczkę w swoją matkę, która wykona dla niego konkretne zadanie, co daje kolejny powód do zabawnych, ale trafnych komentarzy ze strony obojga wobec siebie. Sam zamysł był bardzo ciekawy, chociaż – patrząc na sytuację – jakby przewidywalny. Ostatecznie jednak wyszło dość… zabawnie!

Czarnoksiężnik w nowym miejscu zamieszkania, gdzie wychowywała się Sophie, postanowił otworzyć nowy interes. Co było ciekawe, to kobieta miała zdecydować co to będzie. Po przeniesieniu pokazał jej też kolejne nowe miejsce, gdzie było mnóstwo natury. Zazwyczaj nie przepadam za takimi wstawkami, ale te opisy mnie niesamowicie wciągnęły. Poczułam nawet jakbym sama tam była i podziwiała to cudowne miejsce.

Sophie jest zdecydowana by odejść z zamku, jednak ciągle coś jej w tym przeszkadza. Kiedy pojawia się Fanny, zdała sobie sprawę, że Hauru nie jest aż taki zły. Zaczyna dostrzegać, że jest wobec niej, na swój sposób, życzliwy. Szczególnie, że ona często okazywała mu brak jakiekolwiek szacunku, do tego wtykała nos wszędzie gdzie tylko się dało. Zresztą… na samym początku wierzyła w plotki, które krążyły po jej rodzinnym miasteczku na jego temat.

Walka!

W każdej historii z gatunku fantastyki, którą czytałam – nie było ich aż tak dużo co prawda – pojawiała się jakaś magiczna walka. Tutaj mogłam przeczytać niesamowity opis krótkiej walki Hauru z Wiedźmą z Pustkowia. Nie dość, że czary były precyzyjnie opisane, to jeszcze nie została pominięta widownia. Zazwyczaj autorzy idą na łatwiznę i otoczenia nie ma lub jest ono znikome, tutaj autorka pomyślała o wszystkim i zawarła to w kilku słowach, które podgrzały atmosferę. Kilka kartek wciągnęło mnie do granic możliwości.

Pod koniec znowu pojawia się walka Hauru z Wiedźmą. Ponownie jest energia, szybki, ale i dokładny opis, który nie przedstawia tylko jego punktu widzenia. Do tego Hauru jasno zaznacza swój słaby punkt.

Może w końcu podsumuję?

To jest ten moment, kiedy kończę czytać i myślę: czy temat został wyczerpany? Czytając, analizowałam bardzo dogłębnie każdą postać i akcje. O czymś napisałam, o czymś nie wspomniałam tak, aby nie zdradzić tych najlepszych elementów historii.

Jestem osobą, która po przeczytaniu zawsze patrzy na okładkę i pyta się samą siebie: czy jeszcze do tego wrócę? Czy to było dobre? Oglądałam film, ale czy książka była lepsza?

Na te trzy pytania, z czystym sumieniem i ręką na sercu odpowiadam… TAK.

To właśnie jest jedna z tych pozycji, która jest godna, aby do niej wracać w wolnym czasie, mimo znajomości historii. W każdym zdaniu, za każdym razem można znaleźć coś niesamowitego. Taka historia zasługuje na to, aby ją wertować częściej i dostrzegać piękno fabuły oraz bohaterów.

Książka nie jest łatwa, chociaż podejrzewam, że dla zagorzałego fana fantastyki będzie prosta. Jednak uważam, że jest napisana fantastycznie. Czytając, marzyłam, aby pisać tak dobrze swoje prace jak ta autorka.

Ani jeden temat z początków książki nie został pominięty aż do ostatniej kartki. Coś, co stało się pod koniec, miało swoje podłoże wcześniej. Każda postać była dokładnie przemyślana i to można było wyczuć, nawet jeśli ktoś pojawiał się na sekundę. Tak, nawet wtedy nie zjawiał się ot tak! Każdy element książki jest dopracowany do perfekcji.

Diana Wynne Jones to wybitna pisarka, która doprowadziła Hauru i jego ruchomy zamek do perfekcji. Idealne opisy, doskonały dobór postaci to coś, o czym pisarz mógłby pomarzyć, a u niej można było niemal poczuć lekkość pióra, kiedy pisała.

Diana zrobiła coś niesamowitego. W pierwszych rozdziałach napisała coś, co miało ogromne znaczenie w końcowej części książki, dodając do tego sporą dawkę magii, zagadek i humoru.

Jestem pewna, że każdy kto chciałby zacząć przygodę z pisaniem, powinien wziąć z niej przykład… Ja tak zrobię! A do Hauru wrócę za jakiś czas z miłą chęcią, zapominając o filmie, bo mimo że był wspaniały, to chowa się przy takiej literaturze!

Na początku zadałam sobie pytanie: „… zaczęłam się zastanawiać co jest lepsze?”. Teraz odpowiem. Książka – to właśnie ona wyjawia wszelkie wątpliwości co do filmu, który swoją drogą jest genialny, ale umie odbiorcę pogubić. Książka za to wyjaśnia wszystko.

Jest magia, troska, zrozumienie i miłość, nawet pojawia się węszenie bez wątku kryminalnego.

Animowany film jest piękny ale dopiero książka pokazuje cały magiczny świat zarówno Hauru, jak i Sophie. Najważniejsze…. wyjaśnia coś, czego film nie pokazał. Sophie przez cała tą przygodę była staruszką, która była ostatecznie pisana jednej osobie.

0 0 vote
Article Rating

Dodaj komentarz

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments