Wersja aktorska – „Dragon Ball” i „Death Note” [Porównanie Anime z Filmem]

0

Dzisiaj skupię się na porównaniu wersji Anime i filmów dwóch dzieł: Dragon Ball i Death Note. Temat dość obszernie komentowany, w większość w sposób negatywny, jednak ja postaram się znaleźć również jakieś plusy.

Zacznę od produkcji, która zawsze będzie najbliżej mojemu sercu, czyli Dragon Ball. Oficjalnie powstał jeden film w wersji aktorskiej, a dokładnie: Dragon Ball: Ewolucja. Premiera w Stanach Zjednoczonych miała miejsce dokładnie 10 kwietnia 2009 roku. Reżyserem był James Wong. W produkcji możemy zobaczyć takich aktorów jak: Justin Chatwin (Son Goku), Emmy Rossum (Bulma) oraz Jamie Chung (Chi Chi). Tę ostatnią możemy również oglądać w takich filmach jak: Kac Vegas oraz Program Ochrony księżniczek. Przytoczę tutaj również słowa scenarzysty filmu, czyli Bena Ramsey, po siedmiu latach od premiery:

Wiedziałem, że ten dzień w końcu nadejdzie. «Dragonball: Ewolucja» zostawił bolesne znamię na mojej karierze. Jak tylko pomyślę, że coś tak znienawidzonego na całym świecie ma w scenariuszu moje nazwisko… Do tego te wszystkie maile pełne wyzwisk. Przez lata starałem się to ignorować, ale ostatecznie muszę wziąć odpowiedzialność za zawód, jaki sprawiłem fanom na całym świecie. Zrobiłem, co tylko mogłem, ale ostatecznie ‘zawiodłem Dragon Balla’. Gdy przyjmowałem ten projekt, traktowałem go jak kolejne źródło zarobku, nic więcej. To doświadczenie nauczyło mnie, że gdy skupiasz się na czymś bez pasji, to otrzymasz prawdziwy chłam. Nie winię nikogo poza sobą. Jako fanboy innej serii, jestem świadom policzka, jaki otrzymali fani DB.

Do wszystkich fanów Dragon Balla – przepraszam.

Mam nadzieję, że wynagrodzę Wam to, tworząc inny film, który będzie lepszy, do którego również ja podejdę z pasją. Tylko to mogę dla Was zrobić.”

Będąc szczerą… miał za co przepraszać. Jedyne, co się zgadzało, to chyba imiona. Tam Son Goku nie był niewinnym chłopcem, który nic nie wie o życiu, tylko nastolatkiem, który wymyka się z domu, aby pójść na imprezę i podkochuje się w Chi Chi. Pojawia się Bulma, która ma ciemne włosy i, żeby nie było, jedno niebieskie pasemko. Genialny Żółw, który o dziwo zachował uwielbienie wobec kobiet, nie mieszkał jednak na środku oceanu, tylko w mieście. Przypomnę, że w oryginalnym anime Goku nawet nie rozumie pojęcia ślubu, a Bulma na niebieskie włosy. To są niby niewielkie szczegóły, a jednak bardzo znaczące dla całej opowieści. W filmie pojawia się również Piccolo, który chce zawładnąć Oozaru, dzięki zebraniom Smoczych Kul. Jakby nie patrzeć, był to jeden wielki miszmasz, nic nieznaczący dla oryginału, a szczególnie fanów serii. Sceny walki trafiły się strasznie udawane, niedopracowane. Oglądałam to wiele lat temu, łącznie dwa razy. Pierwszy raz z czystej ciekawości, drugi raz mając nadzieję, że jednak zobaczę dobry obraz, jednak na moje nieszczęście było jeszcze gorzej. Wielu fanów prosił, aby to „odzobaczyć”, żeby to nigdy się nie pojawiło. Gdyby jednak „Dragon Ball: Ewolucja” nie była w ogóle włączona do ukochanego świata anime, śmiało powiedziałabym, że bywały gorsze produkcje, robione tylko i wyłącznie dla pieniędzy, a tutaj chodzi przecież o powrót do ukochanej japońskiej serii. Główny aktor, mimo że niezbyt pasował do roli Son Goku, sam w sobie może być spokojnie zaliczany do tych przystojnych, więc to ogromny plus – szczególnie dla damskiej publiczności. Czy polecam? Jeśli nie zna się oryginału, to jak najbardziej, jeśli jednak „Dragon Ball” i przygody Goku są bliskie dla naszego serca, zdecydowanie odradzam!

Następną adaptacją mangi i anime jest Death Note. Opierając się na oryginale, powstały dwa filmy: jeden produkcji japońskiej i jeden Netflixa. Pierwszy film z serii „Death Note” miał swoją premierę w 17 czerwca 2006 roku, druga część „Death Note: Ostatnie Imię” niewiele później, ponieważ 16 października tego samego roku. Możemy tam zobaczyć takich aktorów jak: Tatsuya Fujiwara (Light), Ken’ichi Matsuyama (L) oraz Erika Toda (Misa). Całość dalej jest zachowana w dobrym klimacie, które wprowadziło anime, gra aktorska na bardzo wysokim poziomie. Twórcy dobrali każdego aktora w bardzo precyzyjny sposób, szczególnie jeśli chodzi o L. W bardzo dobrym stylu przenieśli akcję z anime do filmu pełnometrażowego, co – bądźmy szczerzy – nie jest w ogóle łatwym zadaniem, ponieważ odbiorcy takich produkcji są bardzo wymagający. Swoją przygodę z „Death Note” zaczęłam właśnie od samego filmu w produkcji japońskiej. Oba filmy oglądałam z zapartym tchem i ciekawiło mnie, jak to wszystko się potoczy, dopiero później obejrzałam anime i bardzo mnie zadowolił fakt, że to L był głównym przeciwnikiem Kiry, a nie Near. Zupełnie pominęli jego wątek, co wprowadziło dobry odbiór całej historii pokazanej przez aktorów. Twórcy zmienili również metodę dostania się Lighta do grupy śledczej, osobiście uważam, że w dobry sposób. Pierwszy film kończy się przekazaniem planu, jaki miał Kira, aby zbliżyć się do najlepszego detektywa na świecie. Główny aktor idealnie odwzorował fakt, że Light nie powstrzyma się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel. Patrząc też na kwestie, które są najtrudniejsze do przekazania, czyli postać Bogów Śmierci, osoby Ryuka i Rem pod względem wizualnym zostały pokazane w sposób bardzo dokładny i profesjonalny, samo przedstawienie ich zadań w serii również nie odbiegało szczególnie mocno od anime. Biorąc pod uwagę, że najpierw oglądałam filmy, a później anime, mogę śmiało stwierdzić, że Japończycy czują ten klimat, bo w końcu to ich kultura i robią zawsze wszystko jak najlepiej. Każdemu, kto widział anime, polecam zobaczyć filmy z 2006 roku oraz dodatkową kontynuację od twórców pt. „L: Change the World”, która tylko z początku nawiązuje do oryginalnej serii, a później jest oddzielną historią, która na koniec umie wycisnąć łzy wzruszenia.

Patrząc dalej na Death Note, dochodzimy do produkcji „Netflix Orginal„. Osobiście korzystam z tej platformy z wielką radością, jednak tutaj nastąpił ogromny błąd produkcyjny. Premiera nastąpiła 24 sierpnia 2017 roku. Reżyserem był Adam Wingard, który aktualnie produkuje film pt. Godzilla vs. Kong, który zostanie wypuszczony na ekrany w 2020 roku. Liczę, że tutaj nie sknoci sprawy tak jak w wypadku adaptacji Death Note. Zrozumiałe jest, że od wielu lat w każdej produkcji amerykańskiej muszą pojawić się różne wątki. W tym wypadku padło na bardzo ważną postać, czyli L, który w amerykańskiej wersji stał się nagle czarnoskóry, co zupełnie nie pasuje! W oryginale to spokojny i opanowany chłopak, a tutaj jest raczej odwrotnie. Dodatkowo sam wielki detektyw wyrusza na pościg za Lightem, nie ma grupy śledczej, a ojciec głównego bohatera jest wdowcem. Jedyne, co się zgadza, to fakt, że pracuje jako policjant. Twórcy jedynie zostawili z oryginału nazwę, imiona (nawet nazwiska zostały zmienione!) i sam notatnik. Podchodziłam do tego dwa razy i miałam nadzieję, że zrozumiem całość pod względem oryginału, ale niestety mi się to nie udało. Odniosłam wrażenie, że produkcja za bardzo poszła w tani romans zakończony tragedią. Jeśli chodzi o aktorów, zostali zupełnie źle dobrani. Nat Wolff jako Light jedynie może przyciągnąć swoim wyglądem, ponieważ z Lightem nie ma nic wspólnego. W całości pojawia się jeden Bóg Śmierci, który w sumie cały czas chowa się w cieniu, tak jakby miał być słabym dodatkiem do wszystkiego, a przecież to od niego zaczyna się historia. Patrząc na produkcję Dragon Ball: Ewolucja oraz Death Note w wersji amerykańskiej, uważam, że nawet ich naukowcom nie śniło się, jak bardzo można zrobić coś źle!

Z informacji wynika, że Netflix wyprodukuje drugą część, ale Dragon Ball się nie pojawi. Zresztą, nikt by na to nie poszedł, może co najwyżej mały procent naiwnych osób. Podsumowując: Amerykanie nie powinni więcej zabierać się za adaptację mangi i anime, bo po prostu nie czują klimatu, biorąc pod uwagę te dwie produkcje.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments