Któż z nas, będąc dzieckiem, nie stanął przed lustrem, aby pięciokrotnie wypowiedzieć imię Candyman? Zawsze odpuszczałem po czwartym powtórzeniu, mając w pamięci to, co stało się z bohaterami filmu z 1992 roku.
Współcześni twórcy, Jordan Peele (znany z głośnych filmów Uciekaj oraz To my, tym razem w roli scenarzysty) oraz reżyserka Nia DaCosta (praktycznie debiutantka), powracają do kultowej postaci Candymana, która święciła triumfy na kasetach VHS w domowych odtwarzaczach wideo w latach dziewięćdziesiątych. Morderca z charakterystycznym hakiem zamiast dłoni pojawia się ponownie, aby straszyć kolejne pokolenia amatorów filmowej grozy.
Głównym bohaterem produkcji jest Anthony McCoy, artysta, który po początkowym sukcesie stracił wenę i z całych sił stara się ją odzyskać. Dowiaduje się o miejskiej legendzie dotyczącej Candymana i postanawia zgłębić jej genezę i historię. Aby to zrobić, udaje się do chicagowskiej dzielnicy Cabrini-Green, nad którą wciąż unosi się widmo tej mrocznej opowieści. Anthony nawiązuje w swoim najnowszym artystycznym projekcie do postaci Candymana i choć jego wizja nie odnosi sukcesu, to w okolicy zaczynają ginąć osoby związane z jego pracą.
Trzeba przyznać, że twórcy Candymana odrobili lekcję i można powiedzieć, że stworzyli uwspółcześnioną kontynuację filmu z lat dziewięćdziesiątych. Nie trzeba znać fabuły poprzedniego obrazu, jednak aby wyłapać wszystkie smaczki, nawiązania i niuanse, jest to wskazane.
Duży nacisk położono również (jak to u Jordana Peele’a) na wątki społeczne oraz nierówności rasowe i finansowe we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Krytyka brutalności policji, ubogie dzielnice zamienione w getta czy dyskryminacja rasowa. Wszystkie wspomniane tematy zostały tu podjęte i odgrywają istotną dla fabuły rolę. Mają także fundamentalne znaczenie dla samej postaci Candymana. Przy tym twórcy nie są nachalni w swej retoryce, co sprawia, że film trafia do każdego, nie tylko amerykańskiego, odbiorcy.
To w końcu horror, więc musi być krwawo. Sceny śmierci są brutalne i ciekawie przedstawione, a przy tym nie epatują tanią makabrą. Często groza czai się gdzieś obok, jak na przykład w tak ważnych dla fabuły lustrach. Akurat ten element filmowego straszenia wyszedł w tej produkcji bardzo dobrze i parę razy można naprawdę podskoczyć w fotelu podczas oglądania. Zdecydowanie bardziej postawiono na mroczny klimat niż wypływające z ofiar wnętrzności.
Świetne jest również aktorstwo. Yahya Abdul-Mateen II, grający główną rolę, tworzy bardzo złożoną i niejednoznaczną postać, która zmienia się na przestrzeni filmu zarówno pod względem fizycznym, jak i psychologicznym. Doskonale partneruje mu Teyonah Parris w roli życiowej partnerki Anthony’ego.
Mimo że Candyman to ambitny, dobrze zrealizowany i potrafiący porwać klimatem film, to po seansie czułem się trochę rozczarowany. Odniosłem wrażenie, że jest odrobinę zbyt krótki, a finał przedwczesny. Owszem, spełnia swoją rolę, jednak następuje za szybko, a do tego został niezbyt dobrze rozegrany. Mimo to seans Candymana mogę polecić każdemu fanowi horrorów i nie tylko. Bo to naprawdę udana produkcja.
Odpowiedz