Z reguły akcja książek dzieje się, gdy wojownik walczy, przeżywa przygody. Jak to wygląda, gdy odkłada miecz i ma ochotę na odrobinę spokoju?
Autorem Legend i Latte jest Travis Baldree, pozycję na język polski przełożył Piotr Cholewa, a publikacji podjęło się wydawnictwo Insignis, któremu serdecznie dziękuję za egzemplarz recenzencki.
Tytuł ukaże się w księgarniach 22 marca, a już teraz można go zamawiać w przedsprzedaży!
Książka opowiada historię Viv – orczycy, która postanowiła zakończyć swoją dwudziestodwuletnią przygodę z mieczem w ręku i zamienić go na maszynę do kawy. Otwiera kawiarnię w miejscu, gdzie prawie nikt o tym nie słyszał. Ona sama poznała ten napój w gnomim mieście i zakochała się od pierwszego łyku. Rozkręca biznes z pomocą Tandri, Naparstka i Katastrofy, w skrócie Kata. Niestety nie wszyscy cieszą się jej sukcesem – napotyka starych i nowych wrogów.
Pierwsze skojarzenie, które przyszło mi do głowy na temat Viv podczas czytania to wiedźminka. Miecz na plecach, różne zadania na zlecenie, zabijanie potworów, nieprzyjemna w obyciu… Nie mam pojęcia, czy było to celowe nawiązanie. Jednakże później to wrażenie znika. Dzieje się tak, gdy dziewczyna odwiesza miecz na ścianę i stara się pokazać coś spod orczej powłoki.
Bardzo podoba mi się różnorodność fantastycznych gatunków w Thune, mieście, w którym rozgrywa się akcja. Klasycznie elfy oraz krasnoludy, trochę ludzi, do tego gnomka, hobgoblin, sukkub czy szczurołak, żyć nie umierać! Jedyne, czego mi brakowało to paru innych orków. Ale co zrobić, pewnie większość działała w międzyczasie na zlecenie. Wszystkie postaci poznajemy krok po kroku, ich zwyczaje, zachowania i uprzedzenia w stosunku do innych. Bohaterowie są jak żywi. Można na spokojnie powiedzieć, że się rozwijają we wzajemnych relacjach, uczą się od siebie, nabierają pewnych nawyków. Miło mi to obserwować.
To wydanie już w edycji recenzenckiej jest śliczne. Dobrze skomponowana i mająca odniesienie do historii okładka, cieszące oko fonty – oddzielne dla menu, ogłoszeń czy liścików – tworzące spójną całość. Miłym zaskoczeniem były dla mnie małe rysunki na początku rozdziału. Kojarzą mi się z pierwszym wydaniem Harrego Pottera, chociaż tutejsze obrazki są pojedynczymi przedmiotami. Nie mogę się doczekać aż znajdę gdzieś w księgarni finalną wersję.
Ta książka powinna zawierać gdzieś na początku wypisane wielkimi literami ostrzeżenie: Uwaga, nie czytać bez jedzenia pod ręką! Opisy zapachów, smaków i reakcji ludzi na “ziarnistą wodę” są tak żywe, tak prawdziwe, że aż człowiek ma ochotę napić się kawy i zamoczyć w niej ciasteczko. Albo rogalika. Albo co tam Naparstek przygotował, nieważne. Z kwestii technicznych podoba mi się też trzymanie całości w średniowiecznych ramach – dawne określenia czy zwracanie się w liczbie mnogiej do jednej osoby. Buduje to wspaniały klimat, wszystko jest na swoim miejscu. No… prawie, poza “researchem”, który przeprowadziła swego czasu główna bohaterka. Cudowne są także cięte riposty bohaterów, nie raz się uśmiałam nad odpowiedziami Viv czy Tandri.
Legendy i Latte czyta się dość szybko, sama skończyłam całość (wraz z dodatkowym opowiadaniem na końcu) w trzy dni, co jak na mnie jest dobrym wynikiem. Wciągająca, urocza i ciepła opowieść z nutą goryczy, pokazująca, jak ważni są ludzie dookoła.
Odpowiedz