Małe miasteczko Green Creek w stanie Oregon, a w nim Oxnard i jego mama. Można było nazwać je zwyczajnym, dopóki nie wprowadziła się tam rodzina Bennettów i wszystko przestało być takim, jakim się wydawało.
Jedne z ostatnich słów, jakie dwunastoletni Ox usłyszał od ojca, zanim odszedł, dotyczyły tego, że ludzie będą go źle traktować. Nie był wybitny, ale za to większy niż reszta, trochę milczący, powolny i niezgrabny. Cztery lata później na drodze do domu, spotkał “małe tornado”, które uczepiwszy się go nie przestawało gadać. Był to Joe Bennett. Kolejny rok później dowiedział się o sekrecie jego rodziny, bardzo ceniącej sobie dotyk i bliskość. Wówczas wpadł w świat zupełnie inny od tego, który go otaczał
Jak ja się cieszę, że świat z Wilczej Pieśni nie jest tak daleki od naszego. To nie inna rzeczywistość, w której są wilkołaki, a to samo uniwersum – znajdują się tu takie franczyzy jak Harry Potter, Gwiezdne Wojny czy Zmierzch. Wydaje mi się, że nazwisko Bennett też było zaczerpnięte z innego źródła – kojarzy mi się mocno z Pamiętnikami Wampirów.
Bohaterowie w większości przypadli mi do gustu. Zarówno pozytywne jak i negatywne postaci mają w sobie to coś, co sprawia, że chce się poznać ich historię. Z plusów mogę wymienić też zachowanie Cartera i Kelly’ego, przypominające mi odrobinę bliźniaków Weasley. Często rzucali jakimś żartem, czy tekstem, który sprawiał, że parsknęłam śmiechem.
Podoba mi się konwencja tej książki – nieco opierająca się na stereotypach, schematach, które już były wałkowane tysiące razy – jednak dodająca coś od siebie. Bardzo polubiłam się z konceptem, gdzie każdy wilkołak potrzebuje swojego “postronka”, żeby nie zdziczeć całkowicie w wilczej postaci. Tak samo jak z pomysłem na połowiczną przemianę, gdzie tworzy się coś na kształt hybrydy.
Okładka to coś niesamowitego, a przynajmniej dla mnie. Specyficzna w dotyku, jakby chropowata, ze śliskim wilkiem pośrodku. Miękka, jednak nie zniszczy się przy pierwszej lepszej okazji. Nie mam ulubionego typu ilustrowania książek, ale ten bardzo do mnie przemawia.
Szczerze mówiąc, po zakończeniu spodziewałam się czegoś innego, mniej schematycznego. Nie chcę zdradzać, o co dokładnie chodzi, bo nie po to są recenzje, ale miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Też wydaje mi się, że jeden rozdział na zakończenie wątku z antagonistą to trochę za mało. Owszem, akcja była szybka, wartka i czytało się ją dobrze, ale czegoś mi brakowało. Z minusów dochodzi też prawie dziesięć stron opisujących, jak bohaterowie uprawiają seks. Nie widzę sensu rozwlekania tego do takich długości. 3–4 strony? W porządku, jakbym chciała więcej, sięgnęłabym po erotyk.
Dla kogo mogłabym polecić ten tytuł? Na pewno dla ludzi w wieku 18+. Malownicze opisy urazów czy zbliżeń między bohaterami mogą odrzucić młodszego czytelnika. Książka zawiera też sporą dawkę wulgaryzmów. Czy sięgnę po kolejne tomy, jeśli wyjdą? Możliwe, że tak, mimo sporej ilości stron (500+) czyta się to szybko, ponadto fabuła jest wciągająca. Jak na pierwsze spotkanie z twórczością TJ Klune, wypadło ono naprawdę dobrze.
Dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat (imprint wydawnictwa Muza) za przesłanie egzemplarza do recenzji.
Odpowiedz