Znowu jestem w mniejszości — recenzja książki „Pod szepczącymi drzwiami” autorstwa C.J. Klune’a

PONIŻSZY TEKST ZAWIERA SPOILERY DOTYCZĄCE ZAKOŃCZENIA KSIĄŻKI

C.J. Klune jest odnoszącym sukcesy pisarzem, którego możecie kojarzyć z powieści Dom nad błękitnym morzem. Osobiście zetknęłam się z jego twórczością po raz pierwszy i prawie wywarła na mnie dobre wrażenie. Dlaczego prawie?

Pod szepczącymi drzwiami to historia prawnika, Wallece’a Price’a, który umiera wskutek zawału serca. Mężczyzna pojawia się na własnym pogrzebie, lecz nie potrafi zaakceptować swojej śmierci, a jeszcze bardziej faktu, że nikt nie uronił łzy po jego odejściu. Wkrótce zjawia się żniwiarka, aby zabrać swojego kolejnego klienta w zaświaty. Podczas tej niezwykłej podróży Wallace zaczyna rozumieć, że nie był zbyt dobrym człowiekiem.

Powieść ta miała olbrzymi potencjał i bardzo interesująco się rozpoczęła. Z początku byłam zaabsorbowana humorem w moim guście oraz wyrazistymi bohaterami, których łatwo jest sobie wyobrazić, a następnie znienawidzić, lub pokochać. Spośród nich wszystkich szczególne miejsce w moim sercu zajął Apollo, psi duszek.

Dobre wrażenie z pewnością zrobiła też na mnie ochrzczona dość kreatywną nazwą, bo Przeprawą Charona, klimatyczna oraz kameralna herbaciarnia prowadzona przez młodego i przystojnego Hugo. Pełni on w książce rolę przewoźnika mającego za zadanie przygotować nieboszczyków do przejścia przez drzwi. Jest to bowiem ostateczny krok, na jaki muszą zdobyć się wszystkie duchy. Gdy to zrobią, raz na zawsze rozstają się ze swoim dotychczasowym, ziemskim życiem.

Do zalet powieści z pewnością można zaliczyć również prosty i przyjemny język, będący kolejnym aspektem, który dobrze mnie nastawił do historii, jaką chciał opowiedzieć C.J. Jednak jak to często przy czytaniu bywa, podczas lektury mimowolnie zaczęłam sobie wyobrażać, w jakim kierunku pójdzie fabuła i cóż, kierunek obrany przez autora po prostu nie spełnił moich oczekiwań.

Przede wszystkim, autor powziął się trudnego zadania. Zamierzał stworzyć historię uniwersalną, z którą mógłby zapoznać się każdy, bez względu na to, jakiego jest wyznania. Poległ, gdyż z czasem zabrakło tolerancyjności, która ponoć jest dla niego taka ważna. Nie mam rzecz jasna problemów, z tym że C.J. Klune posiada własne, choć sprzeczne z moimi przekonania. W końcu ma do tego pełne prawo. Jeśli jednak podjął się wspomnianego wyżej wyzwania, to uważam, że powinien pozostać stały w swoim postanowieniu od pierwszej do ostatniej strony. Z każdym kolejnym rozdziałem widać natomiast, jak coraz bardziej zaczyna on przemycać swój własny światopogląd, robiąc to w sposób krzywdzący względem nieco odmiennych poglądów, jakie potencjalnie mogą przecież posiadać czytający. Szkoda więc,  że zapomniał, iż zależało mu na neutralności, gdyż wiele kwestii można było ująć inaczej. Pod tym względem nie zawiódł, chociażby Soul od Pixara, któremu bądź co bądź udało się znaleźć sposób na to, aby trafić do odbiorców różnych kultur z całego świata.

Problematyczny pozostaje też dla mnie wątek romantyczny pomiędzy zmarłym prawnikiem, a wciąż żywym właścicielem herbaciarni. Wbrew pozorom nie przeszkadza mi to, że panowie są homoseksualni, bardziej to, że po pierwsze zahacza to o nekrofilię, a po drugie relacja ta została wyeksponowana moim zdaniem na siłę. Ponieważ jednak zdecydowano się wprowadzić romans, na który w mojej opinii nie było tu miejsca, to negatywnie wpłynął on na zakończenie, o którym wspomnę za chwilę.

Czasem autorom brakuje odwagi, aby poprowadzić fabułę jak trzeba. Przykładowo J.K. Rowling nie uśmierciła Harry’ego Pottera, mimo że jego śmierć miałaby sens i uczyniłaby z młodego czarodzieja postać tragiczną. C.J. Klune zrobił w mojej opinii coś gorszego – ożywił zmarłego. Niestety nie jestem fanką wskrzeszania bohaterów, chyba że mowa o Lokim z Marvela. Przywrócenie głównej postaci do życia w tym przypadku popsuło cały koncept, odebrało wiarygodność tej historii, a także uczyniło z niej baśń dla dzieci. Gdybym więc miała wam coś polecić, to prędzej poleciłabym poruszającą podobne kwestie Opowieść Wigilijną Charlesa Dickensa.

Podsumowując, uważam, że Pod szepczącymi drzwiami miała potencjał ku temu, by stać się ciekawą, wartą polecenia powieścią. Ostatecznie cierpi ona między innymi przez wzgląd na zbędny, mdły romans oraz brak odważnego zakończenia.

Dziękuję wydawnictwu Akurat za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Na codzień opiekunka ekspozycji w MAiE. W wolnej chwili czyta książki, ogląda filmy, gra na playstation, pije kawę. Fanka Marvela, Gwiezdnych Wojen i twenty øne piløts |-/
0
Would love your thoughts, please comment.x