Kocham Włochy, choć rzadko kiedy mam okazję przeczytać książkę włoskiego autora. Ostatnio umożliwiło mi to wydawnictwo Czarne.
Ostatnie lato w mieście to powieść napisana przez Gianfranca Calligaricha, która została wydana po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych. Opowiada ona losy trzydziestoletniego mediolańczyka, który wyrusza do Rzymu w poszukiwaniu lepszego życia.
Na wstępie, uprzedzam, że w tej recenzji nieco ponarzekam, ale chciałabym wyrazić uznanie osobie, która zaprojektowała okładkę. Została ona, wykonana w stylu retro, ale jest też minimalistyczna, co bardzo sobie cenię. Estetykę tę dopełnia paleta barw, czyli w tym przypadku pastelowy róż i brudna biel.
Jeśli zaś chodzi o treść, to muszę pochwalić sposób, w jaki autor przedstawił Rzym. Miasto odegrało w tej powieści rolę trzecioplanowego bohatera. Przyznaję, że podczas czytania czułam włoski, parny klimat lat siedemdziesiątych, dwudziestego wieku. Jest to zasługa ciekawych, umiejętnie przedstawionych opisów, a także subtelnego przemycenia między wierszami, włoskiego ducha. Myślę, że obie te cechy składają się na charakterystyczny styl dla tego pisarza. Mogę więc śmiało powiedzieć, że autor przeniósł mnie, wprost do słonecznej Italii poprzez swoje lekkie pióro.
Pomimo tak wielkiej zalety, jak ta, niestety żadna z wykreowanych postaci do mnie nie przemawia. Ponadto, każdy z bohaterów nie tylko mnie nudził, ale też stale irytował swoim charakterem oraz podejściem do życia. Co gorsza, nie czuję, by na przestrzeni dwustu kartek powieści, któryś z nich przeszedł jakąkolwiek drogę.
Nasz główny bohater, Leo Garrazza jest niespełnionym pisarzem, który topi smutki w alkoholu, przy każdej możliwej okazji. Pewnego dnia, spotyka on Ariannę, do której zaczyna żywić głębsze uczucie i tak rodzi się przelotny romans, który prawdopodobnie jest najgorszą częścią całej historii. Między tą dwójką, nie ma bowiem żadnej chemii. Oboje, za to mają problem z komunikacją werbalną, będąc przy tym zadufanymi w sobie egoistami nieumiejącymi ze sobą rozmawiać jak dorośli. Nie mówiąc o tym, że odniosłam wrażenie, iż żadne z nich tak naprawdę nie wie, czego od życia chce. Zarówno on, jak i ona stale podejmują złe decyzje, a potem użalają się nad sobą i nad rzeczywistością, którą sami sobie piszą.
Swoje miejsce w powieści otrzymuje też przyjaciel, a właściwie bardziej kolega Leo, Gabriel. Zmaga się on z depresją i ten wątek miał potencjał, jednakże ostatecznie nie polubiłam tego bohatera, gdyż ściągał jedynie na dno ludzi ze swojego otoczenia.
Chociaż, powyższe aspekty okazały się dla mnie problematyczne, to mimo wszystko rozumiem lekcję, jaka płynie z tej powieści. Autor pragnął przekazać, że często marnujemy najlepsze lata swojego życia, spędzając czas tak, jakby miało się ono powtórzyć, zamiast wykorzystywać okazje i dostrzegać to, co mamy w zasięgu naszej ręki. Jeśli, weźmiemy ten fakt pod uwagę, to sposób w jaki jest napisana fabuła, nabiera sensu, co nie zmienia tego, że jest po prostu nudna, a dodatkowo, mało błyskotliwe dialogi tylko męczą czytelnika.
Natomiast, bardzo szanuję kilkukrotne oraz luźne nawiązania do króla rock’an’rolla, czyli wciąż żywego w popkulturze i w wielu sercach Elvisa Presleya!
Reasumując, istnieje szansa, że książka ta, nie trafiła do mnie przez wzgląd na mój młody wiek oraz różnicę pokoleń. Chciałabym, więc wyjątkowo wstrzymać się przed oceną Ostatniego lata w mieście, a co za tym idzie, przed polecaniem lub odradzaniem wam tej lektury. Nie wykluczam, że być może kiedyś do mnie bardziej przemówi, ale na ten moment nie wywołuje we mnie większych emocji.
Dziękuję wydawnictwu Czarne za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
Odpowiedz