Głównie zaczytana w romansach i fantastyce od czasu do czasu lubię sięgnąć po inny gatunek.Taką odmianą okazała się Bielma, thriller kryminalny z Bieszczadami w tle.
Akcja rozgrywa się w malowniczych górach, do których nieraz chciałoby się uciec. Powieść zabarwiona jest religijnie z domieszką lokalnych wierzeń, a przy tym napisana z humorem. Nie uświadczymy tu zbytniego przekonywania do wiary ani politycznych wynurzeń. Pomim mieszanki bardzo skrajnych nurtów to jest ciekawa i dość wciągająca książka.
Z opisu samego autora wynika, że on sam lubi w swoje historie wplatać różne lokalne wierzenia i legendy, a ze względu na pochodzenie trochę ich zna. Potrafi także poprowadzić akcję tak, że nie jest nudno. Ciekawość wzbudza nie tylko główny wątek, jakim jest sprawa śmierci księdza, ale też relacje między bohaterami nasączona dozą humoru. Również ksiądz Kacper, przyjaciel policjanta Kosmy wygrywa na tym polu. Jest sympatycznym i nietypowym przedstawicielem kościoła. Rozmowa pomiędzy nim, a Kosmą rozbawiła mnie nie raz.
Podobało mi się także nawiązanie do przeszłości Bieszczad i słynnej akcji „Wisła”, co najlepsze ta opowieść nie była wysnuta z palca, bo sam autor kontaktował się w tej sprawie z Muzeum Historii Bieszczad oraz doktorem habilitowanym Grzegorzem Motyką. Idealnie odwzorował dawne dzieje tamtych terenów, a same nawiązania doprowadziły w pewnym stopniu do rozwikłania niektórych wątków fabularnych. Powiem wam, zakończenie mnie nieźle zaskoczyło. Choć miałam swoje podejrzenia co do sprawcy, to jednak autor wywiódł mnie w pole.
Przez tę książkę zrobiłam się też głodna. Opisy podawanych potraw zarówno w schronisku jak i na obiadku u pewnego kucharza, sprawiły, że ślinka pociekła mi nie raz i miałam ochotę pojechać w Bieszczady i poszukać takich przysmaków. Kosma miał tam za dobrze, pojechał rozwiązać sprawę, a czuł się jak na wakacjach. Nawiasem mówiąc, ten bohater ma coś pecha do kobiet jak i lubi pakować się w kłopoty. Już nabawił się blizny przez jedną taką we Wnykach, a tu kolejna się przypałętała. Do tego ta sprawa, która nie jest do końca taka oczywista.
Zwłaszcza że nikt nie chce nic mówić, bo takie są uroki małych miejscowości. Sami swoi, a na dodatek nie ufają obcym. Choćby brat, matka byli winni, oni i tak nic nie powiedzą. Nie dość, że mamy tajemniczego proroka i nie wiadomo czy jego objawienia są prawdziwe, to z drugiej strony jest tajemniczy gangster oraz relacje na żywo, no bo ktoś musi to nagrywać. Tylko pytanie kto? Następnie, historia Bielm, dawniej miejscowość Beniowo oraz księdza, który może być wątpliwej reputacji. Do tego dodajmy dziennikarzy i sympatycznych mieszkańców schroniska. Uwierzcie mi, dzieje się dużo.
Książkę czyta się szybko i wciąga od początku do końca. Do tego prosty język i zero nudnego przekazu, czy historii rodem z lekcji przedmiotu o tej samej nazwie. Jest akcja, humor i niecodzienne sytuacje. Bohaterowie są barwni, nie raz potrafią zaskoczyć. Możemy oczywiście podziwiać także widoki Bieszczad oraz poczuć się tak jakbyśmy tam byli. Najlepsze, że historia powstała dzięki pewnej wycieczce autora z rodziną w te rejony. Chyba trzeba zacząć więcej podróżować, a nuż coś się napisze.
Gorąco polecam, jak dla mnie 10/10, ale to tylko moja osobista opinia, choć mam cichą nadzieję, że wam też się spodoba.
Ktoś nabrał ochoty sięgnąć po książkę? A może lekturę tego dzieła ma już za sobą?
Dziękuję wydawnictwu Initium za możliwość poznania przygód Kosmy.
Odpowiedz