Po raz kolejny miałam przyjemność przeczytania książki ze świata Gwiezdnych Wojen. O wielkim admirale Thrawnie słyszał zapewne każdy fan Star Wars, ale czy wiecie, jak to wszystko się zaczęło?
Początki kariery Mitth’raw’nuruodo pokazuje nam Timothy Zahn w pierwszej części swojej trylogii. Co było, zanim tytułowy bohater dołączył do sił Imperium?
Akcja powieści osadzona jest przed Zemstą Sithów, czyli w trakcie serialu Wojny Klonów.
Jednak wydarzenia te nie mają większego znaczenia, gdyż wszystko rozgrywa się w Nieznanych Regionach galaktyki, w Dynastii Chissów. Przestrzeń kosmiczna, nazywana przez mieszkańców Chaosem, nie pozostaje jednak bezpieczna. Pojawia się zagrożenie, które może zaszkodzić planecie. Do ustalenia, kto stoi za atakiem, zostaje przydzielony młody, ale nadzwyczaj inteligentny, starszy kapitan Thrawn. Pomaga mu w tym admirał Ar’alani, która niezwykle często musi wybierać między pomysłami ekscentrycznego Mitth’raw’nuruodo a swoją własną karierą. Bardzo ważną rolę odgrywa również dziesięcioletnia gwiazdogatorka Che’ri oraz jej opiekunka, członkini rodziny Mitthów, Thalias.
Timothy Zahn w pewien sposób oddzielił Dynastię Thrawna od reszty Gwiezdnych Wojen. Odpowiadało mi to. Pokazanie nowych ras i planet, inna technologia i system nawigacji wymagający gwiazdogatorek. Można powiedzieć, delikatny powiew świeżości, odpoczynek od całego szaleństwa wojen klonów.
Dosłownie odpoczynek. Książka jest napisana w sposób spokojny. Dużo dialogów na tle strategicznym, co osobiście mi nie przeszkadzało, a nawet mogę powiedzieć, że mogło ich być jeszcze więcej. W końcu Thrawn słynie ze swoich umiejętności planowania oraz sztuki dedukcji. Czasem przywodził mi na myśl Sherlocka Holmesa, z tą różnicą, że Chiss jest mniej socjopatyczny od tego drugiego. Wracając do fabuły… skoro to uniwersum Star Wars, nie mogło zabraknąć przynajmniej kilku kosmicznych bitew, które Zahn przedstawił dobrze. Po prostu dobrze. Moim zdaniem autor czasem za bardzo „popłynął”, przez to nie zawsze udało mi się od razu zrozumieć, co się dzieje. Wiadomo, akcja się toczy, kilka skomplikowanych opisów maszyn, trochę wojskowej gadaniny i wychodzi przysłowiowy groch z kapustą. Na szczęście takich „wpadek” nie było wiele. Coś, co mi się spodobało, to znaczenie, jakie odegrała sztuka. W książkach sci-fi jest zwykle w pewien sposób pomijana. Tutaj również nie grała najważniejszej roli, ale Mitth’raw’nuruodo sprawił, że interpretacja weszła na nowy poziom. Powieść jest skonstruowana w taki sposób, że co jakiś czas między rozdziałami głównej fabuły pojawiają się „wspomnienia” udekorowane ramką. One zabierają nas jeszcze bardziej wstecz, do czasów, gdy główny bohater dopiero walczył z urokami szkoły wojskowej. Zdecydowana większość z nich była ciekawa i uważam, że wpłynęła pozytywnie na Dynastię Thrawna.
Główny antagonista Chaosu… cóż, po prostu był. Sądzę, iż Yiv Dobroczyńca mógł zostać lepiej napisany. Timothy Zahn dał nam po prostu kolejnego, przerażającego tyrana, którego motywów do końca nie znamy. Oczywiście zdarzyło się raz czy dwa, że zabłysnął jakąś interesującą cechą, ale poza tym był niestety przewidywalny. Miłym dodatkiem, z jakim się spotkałam, pogrążając się w lekturze, okazało się chwilowe, choć niespodziewane, pojawienie się jednej z najważniejszych postaci uniwersum.
Krótko podsumowując, Dynastię Thrawna: Chaos mogę polecić wszystkim fanom Gwiezdnych Wojen. Jednak należy pamiętać, że jest to książka o strategu. Nie ma co spodziewać się wielkich wojen, strzelania z blasterów, a już na pewno nie walki na miecze świetlne. Mimo wszystko pierwsza część powieści jest moim zdaniem odprężająca, choć chwilami wymaga skupienia.
Książkę w dobrej cenie można zakupić na stronie SwiatKsiazki.pl – Link
Komentarzy