Indiana Jones wraca do kin! To już piąta część tej kultowej sagi. Pojawia się, więc pytanie: jak poradził sobie Harrison Ford, który ma już swoje lata?
Od dziecka kocham klasyki, wręcz się na nich wychowałam. Nie rozumiem przez to wytwórni. Dlaczego ciągle decydują się nagrywać nowe części dawno zakończonych historii? Niektóre filmy powinny pozostać w takiej ilości, jaką zaplanowano od początku.
Po klapie, jaką okazała się czwarta część, czyli Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, nie oczekiwałam hitu. Z doświadczenia wiem, że im mniejsze oczekiwania, tym mniejsze rozczarowanie. Film jednak nie okazał się zły. Harrison Ford jako staruszek dał radę, a nawet zachował słynny wdzięk, znany ze starszych części przygód archeologa. Jest oczywiście do czego się przyczepić, ale mimo to uważam, iż twórcy zrobili dobrą robotę.
Indy ma już swoje lata, więc czas najwyższy na emeryturę, ale zanim tak się stanie, należy powrócić do przeszłości, gdzie młody bohater znowu naraża się Niemcom. Każdy na jego miejscu siedziałby cicho, ale nie on. Jemu przeszkadza w tym ego i potrafi nieraz swoimi słowami wytrącić wroga z równowagi. Należy zwrócić uwagę także na to, że Ford potrafi sprawić, że darzymy sympatią postać, którą gra. Jednak jak wspomniałam, jest już seniorem, więc producenci musieli go odmłodzić, by mógł zagrać scenę z jego przeszłości, gdzie miał 30-40 lat. Ta technologia co prawda nadal jest w powijakach i nie zawsze wychodzi, ale tutaj zadziałała lepiej niż dobrze.
Wracając do teraźniejszości, widzimy Jonesa, jak idzie na emeryturę, ale przygody nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. W jego życiu pojawia się dawna znajoma i przypomina mu o pewnym artefakcie, skradzionym Niemcom przez niego oraz jej ojca. Wraz z przedmiotem zjawiają się także kłopoty i wrogowie. Nie mogłoby być inaczej, bo co to za poszukiwanie skarbu bez napakowanych gości, którzy co chwilę do ciebie strzelają.
I tu zaczyna się prawdziwa akcja, choć mam wrażenie, że było jej trochę za mało. Zabrakło mi tego dreszczyku emocji. Jednak nie ukrywam, działo się sporo. Aktor grający Sallaha mógł dostać bardziej znaczącą rolę oraz więcej czasu ekranowego. Bardzo liczyłam na jego pojawienie się w pewnym momencie akcji, by pomóc głównemu bohaterowi.
Nie zabrakło humoru, muzyki znanej z poprzednich części ani lekcji historii. I to chyba dzięki właśnie Indianie Jones pokochałam zagadki. Uwielbiałam oglądać, jak próbuje złamać szyfr czy odczytać starodawne pismo. Trafiła się też dość wzruszająca scena, na której uroniłam łzy, więc jak jesteście wrażliwi tak, jak ja, to zabierzcie chusteczki.
Mogłabym ocenić film na takie mocne 7/10, bo uważam, że czwarta część nie powinna istnieć, a ta mogłaby być zaraz po kultowej trylogii i zakończyć produkcję przygód Indiany. Zwłaszcza że zarówno do gry Harrisona Forda jak i scenariusza nie mogłam się przyczepić. Nawet Phoebe Waller-Bridge dała radę, choć postać grana przez nią, była trochę bez wyrazu moim zdaniem. Oczywiście przeszkadzał mi też główny antagonista, ale nie dlatego, że był kiepski, tylko przez aktora, który się w niego wcielał. Jakoś nie mogę się przekonać do Madsa Mikkelsena.
Uważam, że powinniście obejrzeć ten film, zwłaszcza dla samego powrotu do klasyki lub Harrisona Forda. Jak na osiemdziesięciolatka ma wciąż w sobie dużo energii i nieraz potrafi zaskoczyć.
Dajcie znać czy zamierzacie obejrzeć. Poniżej zwiastun filmu.
Odpowiedz