Nic nie zrobiło tej książce takiej promocji jak booktalk na TikToku. W okresie przedpremierowym na jej temat wypowiadał się co drugi kanał o tematyce literackiej. Sprawiło to, że o tym tytule usłyszało naprawdę pokaźne grono. Ja także dowiedziałam się o nim właśnie z tej aplikacji i to ona wykreowała mi ją na kryminał fantasy z elementami romansu, który chwyta za serce i wciąga. No cóż… internet kłamał.
Pomimo trwającego długie lata traktowania tematu wiedźm mocno po macoszemu w ciągu ostatnich lat zyskały znaczące miejsce w obecnej literaturze fantasy i właśnie z tego nurtu czerpie mocno Królestwo Nikczemnych. Cała historia opiera się na magicznych bliźniaczkach, gdzie jedna z nich za wszelką cenę stara się odnaleźć mordercę drugiej, posuwając się przy tym do tak niebezpiecznych decyzji jak studiowanie czarnej magii i pakt z tytułowym Nikczemnym. I jeżeli chodzi o sam zamysł, to nie mogę mu zbyt wiele zarzucić. Ciekawie wykreowana rzeczywistość, wątek zemsty oraz targające bohaterką emocje są świetnie napisane. Znacznie gorzej wypadł sam romans, bo towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że autorka sobie z nim nie radzi. Część decyzji naszej bohaterki jest po prostu nielogiczna i tak chaotyczna, że nadążenie za jej obiektami uczuć staje się chwilami niemożliwe. Przenoszą się one raz z zakonnika na Księcia Piekieł, a raz z Księcia na zakonnika. Z czego sam nasz Pan Gniewu, Książę Piekieł, Władca Wojny i Nikczemny bliżej ma do Edwarda ze Zmierzchu niż Lucyfera. Przymykam tu już zupełnie oko na to, że ta pozbawiona uczuć i emocji istota mroku nagle uznała, że potrafi kochać, bo oto stanął przed nim ktoś tak wyjątkowy…! To w końcu romans, ten gatunek ma to do siebie, że lubuje się bardzo w zaskakującym rozwoju miłości i budowaniu fanserwisu. Bo opisów nagiego ciała Pana Gniewu, który postanawia pozbyć się koszulki w naprawdę nieoczekiwanych (i moim zdaniem zupełnie irracjonalnych) momentach, jest naprawdę sporo.
To wszystko sprowadza się do teorii, że w pewnym momencie gdzieś zatraciła się ta główna myśl i pomysł. Po wciągającym i porywającym początku nadchodzi chaotyczny i może nie do końca przemyślany środek, by przerodzić się w nieoczekiwany koniec. Ta pozycja ma swoje problemy, które mnie samą szczerze zaskoczyły, ponieważ to typowe potknięcia debiutantki, a Kerri Maniscalco ma już na swoim koncie inne powieści. To doświadczenie rzutuje na jej styl pisarski, bo potrafi ona pisać naprawdę lekko, a jednocześnie mocno oddziaływać na wyobraźnię.
Zupełnie inaczej niż Andrzej Goździkowski, tłumacz odpowiedzialny za polskie wydanie. Bardzo chciałabym poznać przyczynę, dla której niektóre słowa nie zostały przetłumaczone. I ja wcale nie żartuję. O ile zabieg pozostawiania słów rodzimych ma sens w przypadku jednej postaci różniącej się narodowością od innych, w momencie zastosowania go do wszystkich bohaterów staje się komiczny. Akcja dzieje się w tym samym miejscu i wszystkie osoby posługują się tym samym językiem. Mnie te wstawki kojarzą się z Joanną Krupą i jej polsko-angielskimi wypowiedziami.
Książka pozostawiła mnie z bardzo mieszanymi uczuciami i nie jestem w stanie jej jednoznacznie ocenić. Liczę na to, że wiele się zmieni w drugim tomie i autorka postanowi mniej odbiegać od początkowego zamysłu.
Odpowiedz