Koszmar dzieciństwa i trupy w szafie – recenzja „Grzechótu”

Myślę, że historia Czarnej Wołgi pozostaje po dziś dzień tajemniczą zagadką dzieciństwa. Przestrogi przed nią z ust dziadka dosięgły nawet mnie, która rocznikowo zalicza się już do pokolenia Z. Nic w końcu tak dobrze nie utrzymuje się w ludzkiej pamięci, jak miejskie legendy. Maciej Lewandowski daje nowe życie widmu przeszłości, w makabryczny i upiorny sposób budząc stary lęk. To zdecydowanie nie jest lektura, którą powinno się czytać przy blasku świec. 

Do samego Grzechótu przed lekturą byłam dość sceptyczna. Urzekało mnie piękne wydanie wraz z obietnicą dreszczy na plecach. Odstraszał za to wiek bohaterów. Niezwykle trudnym zadaniem jest wykreowanie tak młodych postaci oraz poprowadzenie narracji w taki sposób, by nie czuć zażenowania podczas czytania dialogów. Moje obawy o tę kwestię nie były bezpodstawne, bo choć ostatecznie uważam, że Maciej Lewandowski poradził sobie z tym zadaniem zadowalająco, to bez kilku załamanych westchnień się nie obyło. Obawiam się, że język młodzieży zmienia się zbyt szybko, by zdołano napisać i wydać książkę z aktualnymi zwrotami. Małoletni protagoniści dość szybko dają znać czytelnikowi o ściąganych na siebie kłopotach, które zaczynają niewinnie, jak to zwykle bywa. A konkretnie od piłki wykopanej pod starą szopę sąsiada. Klimat od początku do końca utrzymuje czytelnika w uczuciu niepokoju. Groza rośnie z każdą kolejną wyprawą do wraku auta, a późniejsze opisy i zdarzenia mrożą krew w żyłach. Uważam, że fani horrorów będą zachwyceni taką pozycją. Intryga uknuta przez autora, kolejno przywracane do życia legendy oraz wyłaniające się z szafy trupy stopniowo przenikają karty powieści, czyniąc ją z każdym rozdziałem coraz krwawszą. Grzechót zdecydowanie nie należy do książek o subtelnej narracji. 

Czym zatem ostatecznie jest Grzechót? Porządnym dreszczowcem, któremu warto dać szansę. W kreatywny sposób wykorzystano upiorne plotki, krążące niegdyś po większości Polski, demonizując je do stopnia, o którym sama nigdy bym nawet nie pomyślała. W opisach czuć autentyczne emocje targające bohaterami, a małe nadmorskie miasteczko zaczyna realnie istnieć w odczuciu czytelnika. Nie wiem, czy jest to powieść, do której będzie się często wracać. Pewna z kolei jestem tego, że zapadnie w pamięć na długo. Maciej Lewandowski okazał się interesującym autorem. Wie, jak igrać ze stereotypami oraz utartymi przekonaniami czytelników, a budowany przez niego stoi na potężnych, spowitych cieniem filarach wykutych z leków dzieciństwa. 

Dziękuję Wydawnictwu Mięta za egzemplarz recenzencki.

Patrzyłam na ludzi zupełnie na wylot. Widziałam żebra, jelita, nawet całe gałki oczne. Tylko serce trafiało się jakoś rzadko...
0
Would love your thoughts, please comment.x