Tak każe obyczaj – recenzja komiksu “Star Wars. Mandalorianin, tom 1”

Pierwszy sezon Mandalorianina zapadł mi w pamięć, jednak nie da się zapamiętać wszystkiego. Czy warto sobie to odświeżyć komiksem?

Owiany sławą łowca nagród, Din Djarin, podejmuje się tajemniczego zlecenia. Zleceniodawcami są osobnicy z dawnego Imperium Galaktycznego, a zapłatą jest beskar – jeden z ważniejszych metali w kulturze Mandalorian. Wszystko zmienia się w momencie, w którym Mandalorianin poznaje tożsamość swojego celu, urocze i z pozoru bezbronne dziecko. Jak postąpi mężczyzna? Wykona zadanie, czy złamie kodeks gildii łowców?

Osobiście bardzo miło mi się czytało ten komiks. Chociaż w niektórych momentach, podczas dłuższych sekwencji walki, lub przemieszczania się przez całą stronę (albo i dłużej) nie pojawiają się dymki z wypowiedziami, co nie przypadło mi do gustu. Szkoda tylko, że nie pojawiły się tam typowe dla komiksów wyrazy dźwiękonaśladowcze. Zabrakło ich na przykład podczas pojedynku na samym początku. Ciekawą rzeczą, którą zauważyłam, jest fakt, że onomatopeje nie były tłumaczone na język polski, co osobiście uważam za atut. Niektóre próby przełożenia ich w innych komiksach nie brzmiały dobrze.

Jeśli chodzi o ilustracje, jest to naprawdę przyjemne dla oka dzieło. Zwłaszcza obrazy wielkoformatowe – i nie mówię tu o okładkach rozdziałów! Przykładem jednej z lepszych ilustracji jest ta przedstawiająca nadciągających Mandalorian pod osłoną nocy. Gra światłem w niektórych scenach tworzy oszałamiający efekt. Jednak nie obyło się bez wpadek – zielony przyjaciel Mando czasem wygląda dość nieciekawie, ma zbyt małe oczy, bądź wydaje się bardzo śpiący. Z kolei polubiłam design Cary Dune w czwartym rozdziale, zbliżenia na jej twarz wypadły niesamowicie. Dobrze było także zobaczyć Kuiila, czy kadry z przeszłości Dina.

Na okładki poszczególnych zeszytów, zarówno te oryginalne jak i alternatywne, podrzucone na koniec, mogłabym patrzeć godzinami. Miło się robi, uświadamiając sobie, ile wysiłku autorzy włożyli w swoją pracę. Te szczegóły i styl naprawdę przykuwają wzrok. Wyjątkowo spodobała mi się ta z początku czwartego rozdziału. I na pewno nie ma to nic wspólnego, z tym że historia ta jest moją ulubioną z całego zeszytu, wcale a wcale!

Przez pryzmat bycia adaptacją serialu uważam, że komiks wypadł dobrze. Nic nowego nie wnosi (jak to jest niejednokrotnie w przypadku książek na podstawie filmów z franczyzy Gwiezdnych Wojen), chyba że coś pominęłam. Jednak przyjemnie jest wrócić do tej opowieści. Szkoda jedynie, że twórcy zdecydowali się na podzielenie pierwszego sezonu na dwie publikacje, chętnie zobaczyłabym np. Moffa Gideona w stylu komiksowym. No cóż, pozostaje mi czekać na kolejne tomy.

Scenariusz do tego dzieła napisał Rodney Barnes, przetłumaczył je Jacek Drewnowski, a rysunki stworzył Georges Jeanty. Komiks ukazał się nakładem wydawnictwa Egmont, któremu dziękuję za wysłanie egzemplarza do recenzji.

0
Would love your thoughts, please comment.x