Wielowymiarowość niestandardowości. Najnowsza powieść Michała Pawła Urbaniaka

Niestandardowi to druga publikacja tego polskiego autora. Według blurbu to „opowieść o okrucieństwie współczesnego świata”. Czy to stwierdzenie nie jest nieco naciągnięte?

Myślę, że w tym opisie zarówno można znaleźć prawdę, ale i niekoniecznie się z nim zgodzić. Owszem, książka prezentuje kondycję pokrzywdzonego człowieka na miarę XXI wieku, a także brutalność, dwulicowość, masę internetowych przepychanek i hejtu. Jednak czy jest to szczególnie zaskakujące? Czy spotykamy się z czymś nowym, nietypowym, niestandardowym? Jak dla mnie, chęci oraz sam pomysł były dobre, ale poszło gorzej z wykonaniem.

Lektura w dłoń i co dalej?

Nie znam poprzedniego tekstu pana Urbaniaka, dlatego ta konkretna pozycja z początku sprawiła, że… zdębiałam. Okładka jest delikatna i, przyznam zupełnie szczerze, spodziewałam się przez to kwiecistych porównań, pięknych metafor w środku. Przez jakąś ¼ brnęłam poprzez brutalnie prosty, kolokwialny i wulgarny język, który mnie wręcz odpychał.Tak przynajmniej wyglądało moje pierwsze spotkanie z Niestandardowymi.

W miarę przemęczonych stron, przywykło się już do trywialnego stylu narratora, jak i bezpardonowych wypowiedzi głównego bohatera, Wiktora. Też w miarę rozwijającej się akcji i rozbudowywania nowych uczuć protagonisty, to wszystko wydawało się, że nieco spuszcza z formy „dowalę jakimś mocnym, niesmacznym tekstem”. Specjalistą w tego rodzaju określeniach był Sew. Nadal — chociaż nie wiem, jak bardzo bym chciała — nie potrafię wyrzucić z głowy cytatu o „Czerwonym Kapturku cipicznym w lesie włosów łonowych”. Jest on tak durnowaty i tak wręcz boomersko żartobliwy, że w pewien sposób „wrył” mi się w pamięć. Błagam, pomóżcie mi o tym zapomnieć!

„Zobacz mnie naprawdę”

Od tej części mogą się pojawić nieznaczne spoilery, dlatego jeśli ktoś sobie ich nie życzy, polecam przenieść się do sekcji „Sztuka przez wielkie Esz”.

Fabuła powieści skupia się na projekcie znanej fotografki, w którym bierze udział również Wiktor. Zaczyna się od Sobót z Picassem, a kończy wystawą w galerii. Wydawałoby się, że to nic niezwykłego, prawda? Na początku, kiedy opadł już mój niesmak po co poniektórych wypowiedziach, myślałam, że to jakieś zwykłe romansidło. Liwia Gawlin z początku dla protagonisty to paskudne wręcz babsko, które ma czelność go zaczepić w parku i poprosić o zdjęcie. Później staje się kimś innym. Widać, że w młodym mężczyźnie rośnie jakieś dziwne przekonanie co do tej kobiety.

I tego się trzymajmy na razie, bo nie zamierzam wyjawiać najlepszej części z tego wszystkiego, czyli praktycznie samej końcówki.

W projekcie biorą też udział inne osoby, które doświadczyły wielkiej krzywdy od losu. Rany tych ludzi są nie tylko cielesne, ale i siedzą w głowie. Wydaje mi się, że każdy z nich, tak jak i Wiktor, liczyli, że dzięki temu, co oferowała znana artystka, ich życie się odmieni. I faktycznie tak się stało, ale czy dokładnie tak, jak sobie tego życzyli?

Kwintesencją i finałem „Zobacz mnie naprawdę” jest odkrycie prawdziwej natury wszystkich uczestników tego przedsięwzięcia. Po kilku pierwszych Sobotach z Picassem niewiarygodnie się wciągnęłam i czytałam nawet podczas niektórych zajęć (bardzo przepraszam wszystkich profesorów za to, już będę uważać, obiecuję!). Minęła początkowa niechęć, a odkryłam w tym tekście coś więcej, to drugie dno, które wydaje się oczywiste, a które nabiera więcej sensu po „ochłonięciu” od lektury. Fabuła to tak naprawdę banał. Moglibyśmy się tego spodziewać — jakieś bajanie o nietolerancji ze sztuką w tle. Przesłanie o niestandardowości to coś, co już dobrze wiemy. I gdyby nie barwność bohaterów i to umyślne budowanie ich cegła po cegiełce, znacznie gorzej oceniłabym tę powieść.

Liwia Gawlin i jej podopieczni

Jak już pisałam wcześniej, chodzi o projekt znanej artystki. Jednak klamrą fabularną jest tak naprawdę pierwsze i ostatnie spotkanie Wiktora i Liwii. Cokolwiek się nie dzieje, gdziekolwiek nie przenosi się akcja, wszystko jest połączone z tą kobietą. Ona wraz ze swoimi wizjami artystycznymi napędza bieg wydarzeń, ona odmienia bohaterów i ona uchodzi za największą zagadkę, która aż do samego końca nie pozwala się rozwiązać.

Nie będę kłamać, domyślałam się co stoi za nią i jak wygląda jej prawdziwe oblicze. To, czego się najmniej spodziewamy, to tych wszystkich przemian zachodzących w innych uczestnikach. Zenek dobrze wiedział, co kombinuje jego matka. Ostrzegał wszystkich biorących udział, a przynajmniej Wiktora i to dosyć dosadnie. Jednak oni złapali się niczym muchy w pajęczą sieć majestatyczności, jaką wytwarzała Liwia Gawlin. Dała im po prostu coś, czego wówczas potrzebowali najbardziej — wsparcie, poczucie, że są piękni.

W idealnym świecie ta sytuacja wcale nie miałaby miejsca, bo albo te osoby nie doznałyby urazów, albo po prostu chodziłyby na terapię. Nawet na przykładzie tego, co się wówczas dzieje, możemy zobaczyć, że z naszą psychiką wcale nie jest tak dobrze i (prawie) wszyscy potrzebujemy pomocy specjalisty. Czasami najgorszy jest ten pierwszy krok. Boimy się, wstydzimy, nie chcemy płacić… Zawsze znajdzie się wymówka. Liwia wykorzystała chwilę i starą, poczciwą manipulację.

O innych już pisać nie będę, ale skupię się na głównym bohaterze. Znalazł się w punkcie bez wyjścia — z poparzeniami, bez Julii i jej kota, którego kochał bardziej niż dziewczynę. Potem do jego życia wkroczyła artystka, nazywająca go „zwycięzcą”. Co się roi w głowie takiego chłopaka? Jak dla mnie na siłę łapał się tego, co samo przyszło.

Żeby może niczego nie zdradzać, a zostawić wskazówkę co do psychologii Wiktora, to z początku, gdy on ciągle coś powtarzał, wydawało mi się to denerwujące, wręcz mruczałam pod nosem podczas czytania, że przecież niektóre informacje podkreślono kilka zdań temu w narracji, a teraz jeszcze w wypowiedzi. Miałam ochotę palnąć protagonistę w łeb i powiedzieć: „czy mógłbyś się łaskawie zamknąć?”, ale on nie istnieje, więc nic bym nie wskórała. Jednak po kilku godzinach od odłożenia książki na półkę, jak tak sobie o tym myślałam, to jest to dla nas, czytelników, podpowiedź. I należy nawet na tak nieistotne detale zwracać uwagę, przynajmniej przy psychice postaci.

Sztuka przez wielkie Esz

Już wystarczy tej analizy i podrzucania drobnych (a może dla niektórych ogromnych) spoilerów.

W dużym skrócie, początek dla mnie był ciężki, głównie ze względu na język, ale po przywyknięciu i przebrnięciu, akcja nabierała tempa, a wulgaryzmy nie pojawiały się w takim natężeniu jak przy pierwszych rozdziałach. Czytało się nawet przyjemnie, choć zbyt lekki styl narratora trochę nieraz wybijał z rytmu. Sam motyw przewodni powieści jest z deczka oklepany i wręcz banalny, ale kreacja postaci to tak wybitna i genialna praca autora, że nadrabia za te wszystkie niedociągnięcia.

Cieszę się, że przemęczyłam to, bo dalej spotkałam się z interesującymi portretami psychologicznymi, które rozwijały się na moich oczach. Książkę polecam każdemu, kto nie zraża się liczbą przekleństw w utworach literackich. Rekomenduję ją również fanom „ruchomych” bohaterów, psychologii, a także tym szukającym czegoś niestandardowego. Bo właśnie tacy są tytułowi Niestandardowi.

Premiera odbyła się 19 maja, jednak ze względu na mój napięty grafik, recenzja pojawiła się z opóźnieniem. Bardzo dziękuję wydawnictwu MOVA za egzemplarz i możliwość odkrycia ponadprzeciętnego pióra polskiego autora.

Jestem marzycielką, która myśli, że uda się jej kiedyś tam podbić rynek wydawniczy swoimi bazgrołami. Studiuję dziennikarstwo, a poza tym od niedawna pracuję jako grafik w jednym z wydawnictw. Interesuję się literaturą i muzyką (w szczególności rockiem/metalem alternatywnym). Jestem wymagającym czytelnikiem, dlatego często żartobliwie określam się jako „pani marudna” i tak też nazywa się mój bookstagram.
0
Would love your thoughts, please comment.x