Prequel bardzo dobrze znanej serii komiksów Neila Gaimana w nowym wydaniu. Czy jeden błąd jest w stanie unicestwić cały wszechświat?
Warto na początku wspomnieć o autorach. Scenariusz to dzieło Neila Gaimana, rysunkami zajął się J.H. Williams III, okładką Dave McKean, a tłumaczeniem Paulina Braiter. Wydania podjęło się wydawnictwo Egmont, któremu serdecznie dziękuję za egzemplarz do recenzji.
Historia zaczyna się na niewielkiej planecie, gdzie jedno ze wcieleń Morfeusza umiera. Sandman wyrusza w podróż, by dowiedzieć się, co się stało – a przede wszystkim co można zrobić, zanim cały wszechświat ogarnie wojna i chaos. Udaje się do Miasta Gwiazd, by naprawić błąd, który popełnił dawno temu. Jest to opowieść dziejąca się bezpośrednio przed pierwszym tomem Preludia i nokturny, dzięki niej możemy dowiedzieć się, co się działo przed uwięzieniem Księcia Opowieści oraz dlaczego był tak słaby.
Po raz kolejny czytając komiks Neila, miałam to uczucie, jakbym zatapiała się w historii. Nawet jeśli tylko kartkowałam zeszyt, podczas odświeżenia jej sobie. Fabuła wyjaśnia kilka wątków, które zostały zawarte w głównej sadze: początek historii Koryntczyka, krainy księżniczki Barbary, opowieść Sen tysiąca kotów oraz skąd wzięło się słynne “Jestem nadzieją” podczas walki z Choronzonem, księciem piekieł. Pozwala spojrzeć innym okiem na Pożądanie. Poznajemy także rodziców Nieskończonych – Czas i Noc.
Bardzo spodobała mi się postać małej Nadziei, która towarzyszy Morfeuszowi podczas jego wojaży. Nie jeden raz wywołała uśmiech na twarzy, z reguły wprowadzając Władcę Snów w zakłopotanie. Ogólnie rzecz biorąc, humorystyczne akcenty są idealnie wplecione w fabułę, jednocześnie niewymuszone i trafiające idealnie w moje poczucie humoru.
Zobacz poprzednią recenzję Ulotnych żyć tutaj!
Historia jest lekko “senna”, jeżeli mogę to tak określić – można się delikatnie pogubić, jeśli się nie skupimy. Mądrym krokiem będzie zarezerwowanie sobie kilku spokojnych godzin i przeczytanie jej w całości. Jeśli chcemy do tego usiąść, warto zrobić to po głównym wątku i Nocach Nieskończonych, chociaż nie jest to niezbędne. Sama mam do przeczytania jeszcze trzy ostatnie tomy i pewna postać była dla mnie niezrozumiała. Stąd też nie do końca pojmuję decyzję o wydaniu Uwertury przed zakończeniem wydawania sagi w nowej odsłonie.
Od pierwszych stron nie mogłam oderwać oczu od rysunków – J.H. Williams III i David Stewart dali z siebie wszystko. Jak to ujął Neil, narysowali to, co wydawało się niemożliwe do przelania na papier. Czuję się, jakbym trzymała w rękach dzieło sztuki, feeria barw zamknięta na kartkach wygląda niesamowicie. Postaci nie są tak karykaturalne, jak w poprzednich tomach, wyglądają naprawdę realistycznie i pięknie. Zwłaszcza Śmierć i Maligna, gdzie ta druga przez moment przypominała mi młodą Czerwoną Królową z Alicji po drugiej stronie lustra w reżyserii Jamesa Bobina. Zapewne przez uroczą twarz i burzę ognistych włosów. Dostajemy także kilkadziesiąt cudownych ujęć na Morfeusza, który w tej wersji wydaje się o wiele bardziej atrakcyjny. Podoba mi się też przełamanie konwencji realizmu w momencie odwiedzin Czasu, całkowite odcięcie od tego, co działo się chwilę temu.
Pierwszy raz w komiksie spotkałam się z rozkładanymi stronami, które dały niesamowity efekt otwierania się przed nami innej rzeczywistości. Było to naprawdę wspaniałe urozmaicenie fabuły o odrobinę niepewności.
Bardzo się ucieszyłam, widząc pod koniec zeszytów kilka akompaniamentów z udziałem Neila Gaimana, J.H. Williamsa III, Dave’a Stewarta, Todda Kleina, Shelly Bond oraz Sarą Miller. Jest to zbiór grafik koncepcyjnych, szkiców, wywiadów, notatek i rozmów, które dały szerszy obraz na ten tom. Nie mogłam oderwać oczu od rysunków Morfeusza stworzonych przez J.H. – gdyby dało się to zrobić bez szkody dla zeszytu, wycięłabym je i powiesiła nad łóżkiem.
Mogę Wam, drodzy czytelnicy, polecić Uwerturę z czystym sumieniem, czytajcie Sandmana, bo warto! Wspaniała, hipnotyzująca opowieść okraszona przyciągającymi ilustracjami.
Komentarzy