Tajemnica fińskich domków – recenzja „Mała draka w fińskiej dzielnicy”

Marta Kisiel znów to zrobiła! Przygarnęła z pozoru zupełnie irracjonalny pomysł, owinęła go w ciepły kocyk komedii oraz napoiła herbatą z mieszanki wierzeń, a do podgryzania dała ciasteczka z wyczuwalną nutą kryminału. W taki sposób powstała Mała draka w fińskiej dzielnicy, która zdaje się łączyć wszystko, co w twórczości Marty Kisiel najlepsze. 

Sława Żmijan dobita swoim życiowym niepowodzeniem postanawia wrócić do rodzinnego domu, by w zapomnianym przez wszystkich miasteczku spróbować na nowo ułożyć swoją przyszłość. Nie jest to wcale łatwe, bo Sławę zdają się prześladować wyjątkowo specyficzne zjawiska. Gadające chodniki, znikające rzeczy, dawni znajomi ubrani w stylu lat 90. Drogi Bambiego, Kristal i Sławy nieoczekiwanie ponownie się krzyżują, a pewne zdarzenie każe im odnowić dziecięcą przyjaźń. W końcu co lepiej spaja więzi niż duch babci w bujanym fotelu?

Mała draka to jednocześnie absurdalna komedia, w której przerysowane zostały nawet dane osobowe bohaterów oraz ciepła powieść z wieloma mądrościami, która pozwala na melancholię i zadumę. Jeżeli z tą autorką macie do czynienia po raz pierwszy, to pewnie takie opisanie jej dzieła wydaje się abstrakcyjne, ale uwierzcie mi, to działa. Weteranom mogę z kolei powiedzieć, że książka ma w sobie coś zarówno z Nomen omen jak i Niebożątka. Jest lekka, przyjemna, wciąga od pierwszej strony, a bawi do samego końca. Utrzymana na wysokim poziomie stylistycznym ma doskonale zaplanowany wątek kryminalny. Dokładnie tego spodziewałam się po tak doświadczonej autorce jak Marta Kisiel. Nawet z nowym rodzajem wierzeń, jakim jest fińska mitologia, poradziła sobie w mojej opinii świetnie (choć tu muszę zaznaczyć, że naprawdę niewiele się na niej znam). 

Poza tym abstrakcyjno-fantastycznym wymiarem, książka zdaje się przytulać czytelnika, gładzić po głowie i szeptać „wszystko się jeszcze ułoży”. Dlaczego? Bo jest to opowieść o tym, że zawsze da się ułożyć życie na nowo, powrót w rodzinne strony to nie słabość, a ty sam nie musisz zawsze nieść całego świata na swoich barkach. Uczy godzenia się z potknięciami, przypominając jednocześnie, jak ważne jest posiadanie miejsca, do którego można wrócić. 

Nie będę kłamać, nie istnieje nic, do czego byłabym w stanie się w tej książce przyczepić. To tytuł stworzony po to, by spędzić przy nim miło czas, jednocześnie dając przyzwolenie na chwilę melancholii. Uważam, że warto dać jej szansę, nawet jeżeli na co dzień nie czyta się fantastyki, by przekonać się, jak wiele mają do ukrycia nasze własne babcie. W końcu śmierć to dopiero początek emerytury…

Za egzemplarze recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mięta.

Patrzyłam na ludzi zupełnie na wylot. Widziałam żebra, jelita, nawet całe gałki oczne. Tylko serce trafiało się jakoś rzadko...
0
Would love your thoughts, please comment.x