Moon Knight jest jednym z bardziej interesujących superbohaterów z uniwersum Marvela. Mogliśmy go lepiej poznać w serialu o tym samym tytule. Teraz powraca na stronach komiksu autorstwa Briana Michaela Bendis’a.
Jak wypada ten one-shot?
I co mi w nim nie pasowało?
Marc Spector to człowiek mający nie tylko wiele talentów, ale i osobowości. Będąc swego czasu najemnikiem, prawie dokonał żywota po potyczce na pustyni. Przed śmiercią uratowany został przez egipskiego boga Księżyca, Khonshu, który obdarzył go mocami. Mark postanowił zmienić siebie i świat na lepsze. Później został jednym z Avengers, tylko takim bardziej rezerwowym.
Co się dzieje w komiksie?
Kapitan Ameryka, Wolverine i Spider-Man, przychodzą do Spectora z ważną misją. W Los Angeles pewien złoczyńca chce zdobyć Ultrona i go uruchomić. Oczywiste jest, że włączenie sztucznej inteligencji, której jedyny sens istnienia to zniszczenie życia na Ziemi, nie brzmi zbyt dobrze. Trzeba to powstrzymać i teoretycznie naszemu bohaterowi się to udaje. Jednakże kradzież głowy robota nie rozwiąże problemu, tylko sprowadzi więcej kłopotów. Na szczęście Moon Knight może liczyć na Avengers. Są z nim w dzień i w nocy. W jego własnej głowie.
Przeciwnik okazuje się silniejszy, niż przewidywano. Na szczęście, Spector zyskuje sojuszników bardziej realnych niż wytwory jego pokręconego umysłu.
Przyjrzyjmy się postaciom.
Marc Spector za dnia zajmuje się produkcją serialu pod tytułem Legenda Khonshu, opowiadającym o nim samym. W nocy zaś jako Moon Knight walczy z przestępczością. Mimo iż jest w gronie superbohaterów, klasyczne organy ścigania raczej za nim nie przepadają.
Sięgając po komiks, spodziewałam się zastać osobę podobną do tej, jaką widziałam w produkcji Marvela o tym samym tytule. W porównaniu do serialowego Marca ten wypadł miernie. Miałam wrażenie, że jego charakter został czegoś pozbawiony. Jak na człowieka z zaburzeniami osobowości, czegoś w nim zabrakło. Natomiast wątek wyimaginowanych znajomych wypadł dobrze. Głosy w głowie pokazano odpowiednio. Trzy różne podejścia do danych sytuacji co pokazuje, że Spector bez swojej choroby jest po prostu niezbyt interesujący. Chociaż… nie, chwilami przypominał marną podróbkę Tony’ego Starka. Jako Moon Knight? Też nie ma fajerwerków. Czytając komiks, miałam wrażenie, że Khonshu dał mu po prostu kostium. Gdyby nie ulepszenia wprowadzone przez Bucka, sam niewiele miałby do zaoferowania.
Co dalej?
Pojawia się również Echo. Głucha bohaterka, w której Spector się zakochuje. Uważam, że ona wypadła o wiele lepiej. Sama jej niepełnosprawność sprawia, że to ciekawa postać. Jak poradzić sobie w przestępczym świecie, gdy nie dość, że nie masz żadnych super mocy, to jeszcze jesteś niesłysząca? Dziewczyna świetnie sprawdza się jako szpieg oraz potrafi walczyć lepiej niż nie jeden osiłek. Zatem nie dostaniemy laleczki w opałach. Mimo iż, jest to silna i niezależna kobieta, nie odrzuca Marca.
Jeśli chodzi o Bucka, byłego agenta S.H.I.E.L.D., a obecnego pomocnika Moon Knighta, to również niewiele mam do powiedzenia. Bez niego, Marc Spector nie miałby ulepszonego kostiumu i zaawansowanych broni. Okazał się bardziej przezorny i ostrożniejszy niż główny bohater. Nie jest to postać szczególnie interesująca.
Przeciwnik Moon Knighta, jakim jest Hrabia Nefaria to kolejny złoczyńca-szaleniec. Nie uważam go za ciekawego antagonistę. Zastanawiam się także, czemu kogoś tak potężnego postawiono przeciwko podrzędnemu superbohaterowi. Mógłby go spopielić w kilka sekund, ale przecież wtedy komiks by się za szybko skończył. Poza tym sam design postaci przypomina mi Doktora Strange’a.
Akcja chwilami przeciągała się za bardzo. Fabuła również mnie nie porwała. W pewnym momencie nie wiedziałam, co jest prawdą, a co wytworem jego wyobraźni. Na początku dostajemy niepowiązane informacje, które dopiero z czasem zyskują sens. Ponadto czytając komiks, miałam wrażenie, że urwał się on z uniwersum DC. Wiecie, mroczny klimat, krew, niezbyt elokwentny język.
Wielkim plusem tego zeszytu jest Alex Maleev i jego kreska. Z pewnością mogę powiedzieć, że się wyróżnia. Dopasowana odpowiednio do wydźwięku historii. Kolory, jakie nadali Matthew Wilson i Matt Hollingsworth wprowadziły odpowiedni mrok, dzięki czemu wszystko ze sobą współgra.
Czy polecam Moon Knight?
Jeżeli jesteście wielkimi fanami tego bohatera, komiks może was zainteresować. Natomiast jeśli po prostu go lubicie, zachęcam do szukania egzemplarza w niższej cenie. Osobiście nie sięgnęłabym po niego drugi raz, mimo to jest w nim wiele ciekawych aspektów.
Dziękuję wydawnictwu Egmont za egzemplarz do recenzji.
Odpowiedz