Siódmy tom serii o Sandmanie, która ostatnio odżyła dzięki adaptacji serialowej. Co się stało ze Zniszczeniem, Maligną i Snem?
Autorem scenariusza jest Neil Gaiman. Jill Thompson, Vince Locke i Dick Giordano zajęli się rysunkami, a tłumaczeniem Paulina Braiter. Wydania w nowej odsłonie podjęło się wydawnictwo Egmont, jako część DC Black Label. Bardzo dziękuję za przesłanie egzemplarza do recenzji.
Historia toczy się zaraz po fabule tomu Zabawa w Ciebie. Maligna coraz gorzej radzi sobie z wciąż napływającymi zmianami i chce odszukać brata, który odszedł trzysta lat temu. Z tą prośbą udaje się do rodzeństwa, jednakże ani Pożądanie, ani Rozpacz nie mają zamiaru jej w tym pomóc. Nieco przestraszona, udaje się do starszego brata, Snu, który nieoczekiwanie oferuje jej swoje wsparcie. Czy uda im się odnaleźć Zniszczenie? I co wspólnego ma z tym wszystkim syn Władcy Snów?
Przyznam szczerze, że do sięgnięcia po komiksy zachęcił mnie serial na Netflixie. Po tym, jak zobaczyłam tom Sandmana do recenzji, wiedziałam że nie ma co się wahać i zaczęłam nadrabiać poprzednie części. Może z pośpiechu wyniknął fakt, że czułam się trochę… zagubiona przy pierwszych scenach. Nie za bardzo wiedziałam o co chodzi, za kim tak rozpacza Morfeusz, kim są ludzie z początku rozdziału. Ale im dalej czytałam, tym pewniej się czułam. Wszystkie wątki ładnie się ze sobą splatają, tworząc spójną historię.
Dla tych, którzy przez przypadek sięgnęli najpierw po ten tom, Neil napisał wstęp zawierający kilka przydatnych informacji przed rozpoczęciem czytania. Pierwotny, ze względu na spoilery, został dodany dopiero na końcu. I chwała wydawnictwu Egmont za to, pożyczyłam od przyjaciółki pierwszą część w starym wydaniu i gdyby nie jej ostrzeżenie na temat wstępu, naraziłabym się na więcej informacji, niż bym chciała.
Uwielbiam styl pisania Gaimana. Znacie to uczucie, gdy po przeczytaniu ostatniej strony macie wrażenie, jakbyście wrócili z wyprawy, albo się obudzili? To właśnie czułam i czuję, przypominając sobie niektóre sceny. Historia wciąga, od początku coraz głębiej, coraz dalej. Postaci są realistyczne, mimo całej fantastyki, odpowiedzialności i mocy, jaką ze sobą niosą, oni także czują, myślą, kochają i żałują. Jak każdy z nas, bardzo podoba mi się to „uczłowieczenie” Nieskończonych, zwłaszcza Pożądania, które w poprzednich tomach było nie do zniesienia. Żal mi Maligny, zagubionej w pędzącym świecie, Snu, którego kolejny romans dobiegł końca, mieszkańców Śnienia, odczuwających skutki smutku Morfeusza w postaci tygodniowego deszczu. Polubiłam wstawki z dotychczasowego życia Zniszczenia, praktycznie sielanki, jaką wiedzie na uboczu, oraz historie osób, z którymi miał ostatnio kontakt poszukiwanych przez rodzeństwo. Z drugiej strony humorystyczne wtrącenia są genialne! Momentu, w którym Maligna wsiada za kierownicę, nie da się zapomnieć… Podobnie jak reakcji kruka Morfeusza.
Neil stworzył coś, czego w życiu bym się nie spodziewała. Nieraz już spotykaliśmy się z różnymi uosobieniami czasu czy śmierci. Jednak personifikacja szaleństwa, snu lub zniszczenia? To było dla mnie coś zupełnie nowego, coś, co czytałam z zapartym tchem. Postaci pięknie reprezentują to, o co dbają. Nieco zagubiona, zachowująca się jak wieczne dziecko, skacząca z kwiatka na kwiatek Mal, marzycielski, enigmatyczny ale i straszny Morfeusz… Jednak są w stanie to przezwyciężyć, jeśli zachodzi potrzeba, oraz zmieniają się. Bardzo spodobała mi się scena, gdzie Władca Snów się trochę rozsypał, a jego siostra otrzeźwiała, by mu pomóc. Wiedziała, że będzie bolało, ale zrobiła, co musiała. Pokazało to, jak zależy jej na odszukaniu zaginionego brata. Z kolei dla Snu była to kwestia honoru. Dlatego zgodził się pomówić ze swoim synem w tej sprawie – mimo że obiecał sobie więcej tego nie zrobić.
Rysunki są dość specyficzne. Bardzo dobrze odzwierciedlają wydarzenia, mają piękną dynamikę czy krajobrazy – uwielbiam stronę z ukazanym nocnym niebem – ale nie jestem w stanie nazwać ich ładnymi, nie wszystkie. Jedno, co mnie urzekło, to dbałość o szczegóły – Mal z reguły ma heterochromię i jeśli jest to możliwe, nawet z daleka widać, że jedno oko jest niebieskie, drugie zielone. Bardzo też spodobała mi się personalizacja dymków: Snu są czarne, Maligny różnokolorowe, Pożądanie ma specyficzną czcionkę. Podoba mi się takie odróżnienie od reszty postaci, a także ukazanie przez to stanu postaci – gdy mała siostra musiała wytrzeźwieć, jej zwykle tęczowe chmurki stały się jednokolorowe, a gdy była zła na Sen, były „normalne”. Świetne też są zmiany jej wyglądu w zależności od jej samopoczucia. Efekt wow wywołał moment, w którym Morfeusz udaje się do królestwa Mal, by ją przeprosić. Czułam się, jakbym weszła w umysł takiej osoby – pojedyncze słowa bez sensu, dziwne obrazy, fragmenty, okraszone wszystkimi barwami tęczy. Oszaleć można.
Podsumowując, spędziłam wspaniałe chwile, czytając Ulotne Życia. Polecam Wam ten i poprzednie tomy serii Sandman z całego serca. Mam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze recenzować coś z tej serii.
Komentarzy