Siadaj, opowiem Ci historię – recenzja komiksu “Sandman. Koniec Światów”

Kolejny tom serii Sandman, tym razem w formie zbioru opowieści. Śnieżyca w czerwcu, która spotyka bohaterów to tylko wierzchołek góry lodowej.

Fabuła toczy się w tajemniczej gospodzie na tytułowym Końcu Światów. Spotykamy tam gromadę niesamowitych gości, wędrowców kryjących się przed burzą. Żeby zabić czas, opowiadają o różnych sytuacjach, których byli świadkami, albo dowiedzieli się o nich od kogoś innego. Między historiami poznajemy naszych bohaterów, Branta Tuckera i Charlene Mooney. To właśnie z nimi czytelnik dostaje się w mury gospody.

Wiele ludzi może sobie pomyśleć: dobrze, wszystko w porządku, ale gdzie jest Sandman? Odpowiedź jest dosyć prosta. Mianowicie znajduje się on w opowieściach snutych przez gości. Poza nim i jego rodzeństwem spotykamy też bohaterów z poprzednich tomów, jak Nuala czy Hob Gadling. Gaiman puszcza też oczko do fanów starszych komiksów DC, umieszczając w jednym z opowiadań Preza Rickarda.

Gaiman ma w sobie coś takiego, że nawet jeśli główna fabuła nie porusza się do przodu ani o centymetr, potrafi zaciekawić czytelnika tym, co aktualnie się dzieje. Jak wspomniałam wcześniej, spotykamy kilku bohaterów z poprzednich części i dowiadujemy się trochę więcej o ich losach. Poznajemy misję Cluracana, jego problemy i troskę ze strony siostry Nuali, czy kolejne sposoby Gadlinga na ukrycie długowieczności. Bardzo ciepło zareagowałam na historię Jima, w której pojawia się Hob, zdążyłam się polubić z tą postacią przez wcześniejsze tomy i serial. Cieszę się, że z każdą stroną dowiadujemy się więcej na temat świata i postaci, nawet jeśli są to charaktery poboczne z poprzednich części.

Rysunki są stworzone przez kilku artystów, każdy z nich cechuje się swoim niepowtarzalnym stylem. Widać, że Gaiman napisał dane historie pod konkretnego rysownika, tekst i obraz tworzy niesamowicie spójną całość. Pomimo różnych wyobrażeń na temat danych bohaterów, da się rozróżnić, kto jest kim. Zwróciłam także uwagę na zmiany, czy to odejście od klasycznych ramek komiksowych, czy też, opowiadanie w opowieści. Jest kilka takich zabiegów i wszystkie bardzo przypadły mi do gustu.

Pierwszy raz po przeczytaniu byłam tak niecierpliwa, żeby dostać w ręce kolejny tom. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że to jest odnowiona seria i mogłabym sięgnąć po starsze wydanie kolejnej części, ale nie chcę sobie psuć zabawy. Autor zostawił jedną z intrygujących spraw niewyjaśnioną. Cliffhangery są najgorsze, ale nie mogę powiedzieć, że nie są skuteczne.

Zostaliśmy także poczęstowani paroma karykaturami współtwórców.

Rysunkami zajęli się: Bryan Talbot, Alec Stevens, John Watkiss, Michael Zulli, Michael Allred, Shea Anton Persa oraz Gary Amaro. Tłumaczenia z języka angielskiego podjęła się Paulina Braiter. Komiks opublikowało wydawnictwo Egmont, któremu serdecznie dziękuję za egzemplarz do recenzji.

Może Cię też zainteresować:

0
Would love your thoughts, please comment.x