Już na długo przed premierą Znachora był szum wokół tej adaptacji. Czy ruszanie, kultowej już, historii wyszło Netflixowi na dobre?
Od razu należy zaznaczyć, że moja opinia jest w pełni subiektywna. Sama jestem osobą będącą z pokolenia, które raczej nie miało styczności z oryginalnym Znachorem. Dlatego też uważam, że takie odświeżenie tego dzieła jest furtką dla młodszych osób, mających dzięki temu szansę poznać tę piękną historię.
W moim odczuciu, Netflix zdecydowanie nie zepsuł tego filmu. Oglądałam od początku do końca z pełnym zaciekawieniem. Leszek Lichota, wcielający się w tytułowego Znachora, stanął na wysokości zadania, idealnie wpasowując się w tę rolę.
Jako że jestem fanką filmów i seriali, których akcja toczy się w nie tak dalekiej, ale jednak odległej przeszłości, z utęsknieniem czekałam na premierę. Tak jak w przypadku serialu Prawo Lidii Poët, tak i w tym nie zawiodłam się.
Film opowiada tragiczną, aczkolwiek piękną historię profesora Wilczura, który na wiele lat utracił pamięć w skutek pobicia. Przyjaciel, który tak naprawdę okazał się wrogiem, z zawiści zostawił go na pastwę losu, licząc, że ten umrze. Jednak na szczęście tak się nie stało, dzięki czemu możemy oglądać drogę do tryumfującej w końcu prawdy.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje tutaj postać drugoplanowa, jaką jest Hrabia Czyński. Może i trochę to trwało, jednak finalnie postawił się (w dość zabawny sposób) swojej żonie, dodając trochę smaku do tej produkcji.
Miłość pomiędzy Marysią, a synem Czyńskich, także zasługuje na uwagę. Przełamuje ona standardy panujące w tamtych czasach, udowadniając, że nieważne jest pochodzenie, kiedy serce kocha.
Nie została wsadzona tam na siłę poprawność polityczna, dzięki czemu film nie stał się sztuczny i nierealny w odbiorze.
Moim zdaniem, jest to zdecydowanie udana adaptacja, oby tak dalej.
A Wy, drodzy czytelnicy, jak uważacie?
Odpowiedz