Dwie strony księżyca – recenzja komiksu „Moon Knight. Tom 1”.

Powraca jeden z najbardziej interesujących superbohaterów! Moon Knight, pięść Khonshu dba o porządek… Na swój własny sposób. Ma ręce pełne roboty.

Z kim przyjdzie mu się zmierzyć?

Czy ma jakichś sprzymierzeńców?

Marc Spector jako Mr. Knight zakłada „Misję Midnight”. Dzięki temu mieszkańcy miasta mogą w potrzebie przyjść i poprosić o pomoc. Będzie musiał mierzyć się z niezwykle dziwnymi przeciwnikami. Pożerająca ludzi kamienica, wampiry i… kolejny wysłannik Khonshu? Najgorszy jest jednak nowy arcywróg, znany jako Zodiak. Zrobi wszystko, by zniszczyć Moon Knighta, nie tylko fizycznie. Czy można ogarnąć taki chaos?

Marc Spector/Steven Grant/Jake Lockey/Moon Knight/Mr. Knight i tak dalej, to niezwykły bohater. Jego zaburzenie osobowości dokłada mu problemów, ale jednocześnie sprawia, że jest ciekawą postacią. Wysłannik Khonsu dba o porządek i chroni niewinnych. Ci, którzy mają coś na sumieniu, często żegnają się z życiem. Bohater działa brutalnie, choć próbuje być sprawiedliwy. Darzy szacunkiem swoich sprzymierzeńców, choć bywa arogancki w stosunku do wrogów. Walczy, jak by nie miał nic do stracenia, przekracza własne granice. Nienawidzi swojego boga księżyca. To jeden z najniebezpieczniejszych obrońców ludzi. Gdy ktoś okaże się nie godny, nie ma litości.

Jego przyjaciele to Rees, dziewczyna mająca upodobanie w krwi, oraz Żołnierz, mężczyzna o nieciekawej przeszłości. Dostali od księżycowego drugą szansę. Czy ją wykorzystają?

Hunter’s Moon, nie przykuł zbytnio mojej uwagi. Próbował być jak główny bohater, jednak okazał się jego podróbką, choć użyteczną.

Postać głównego antagonisty, jakim jest Zodiak, również nie wydała mi się ciekawa.

Z zachowania przypominał raczej parodię Jokera z uniwersum DC. Jego motywy mnie nie przekonywały, sposób działania? Wykazał się sprytem, owszem, ale to nie zmienia tego, że wszystko chciał zniszczyć, bo tak sobie postanowił. Uważam, że można było lepiej poprowadzić jego nikczemne działania.

Cała fabuła wypadła interesująco. Przyjemnie oglądało się jak Moon Knight mierzy się z różnymi przeciwnikami. Dużo akcji i napięcia pozytywnie wpłynęły na odbiór komiksu. Jego objętość natomiast nie sprawiła problemu, bo scenarzysta Jed MacKay zadbał o to, by nie wkradła się nuda.

Artyści Alessandro Cappuccio i Federico Sabbatini zasługują na specjalne wyróżnienie za ilustracje. Rysunki budowały fantastyczną akcję, ponadto nie tylko opisywały, co się dzieje, ale wyglądały fenomenalnie jako pojedyncze kadry. Wiele z nich mogłabym sobie powiesić na ścianie jako plakaty.

Warto wspomnieć, że w tomie dostajemy również zeszyt opisujący działania Moon Kighta w trakcie eventu, jakim są Diabelskie Rządy, czyli jak radzą sobie bohaterowie pod rządami Willsona Fiska? Sądzę, że to równie ciekawy i wciągający dodatek. Po raz kolejny pokazujący potęgę i moralność Moon Knigta. Moralność bowiem ma czasem więcej stron, niż tylko dwie.

Uważam, że Tom 1 Moon Knight’a jest godny polecenia i świetnie rozpoczyna serię. Mimo niezbyt głębokiego czarnego charakteru warto przyjrzeć się przygodom pięści Khonshu. Pozwolę sobie wspomnieć, iż komiks zawiera wiele krwi i brutalnych scen.

Dziękuję Wydawnictwu Egmont za egzemplarz do recenzji.

Interesuję się sztuką, fantastyką i science-fiction. Lubię czytać książki i grać w gry planszowe, jak i komputerowe. Uwielbiam komiksy, zwłaszcza z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Zajmuję się rysunkiem, malarstwem i oglądaniem błyskotek na sklepowych wystawach. Jestem uzależniona od herbaty i muzyki.
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x