Większość albumów sagi poświęconej Elfom przyzwyczaiła nas do epickich bitew, dworskich intryg i wszechobecnej magii. Tom 15 obiera jednak nieco inny kurs, skupiając się na walce o miłość.
Gaw’yn, niegdyś bezwzględny zabójca, ma dość. Zmęczony życiem na krawędzi i nieustanną szarpaniną z drzemiącą w nim bestią, postanawia zerwać z przeszłością. Ucieka do miasta Scarande, gdzie próbuje wtopić się w tłum i wieść „normalne” życie pod przybranym imieniem. Podejmuje pracę jako opiekun syna zamożnej rodziny, a na jego drodze staje piękna Dyfeline.
Sielanka nie trwa jednak długo. Bohater szybko zostaje wciągnięty w wir niebezpiecznych wydarzeń – nadciąga widmo wojny, a ludzie z Północy planują podbój odległego Południa. Aby ocalić ukochaną przed czarną magią, Mroczny Elf znów musi obudzić w sobie bezdusznego mordercę.
Studium postaci
Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak scenarzysta Arleston poprowadził tę postać. Gaw’yn wreszcie przestaje być jednowymiarowym antybohaterem. Widać w nim strach przed utratą Dyfeline oraz zwykłe, ludzkie zmęczenie. Próbuje walczyć z dawnym „ja”, choć czasem bezskutecznie. Ewolucja protagonisty jest ogromna i z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój wydarzeń, bo przeczuwam, że ten wątek jeszcze powróci.
Cieszę się, że twórcy nie sprowadzili historii do poziomu taniego romansu. Choć relacja z Dyfeline stanowi serce komiksu, fabuła oferuje znacznie więcej. To przede wszystkim opowieść o metamorfozie: z bezwzględnego oprawcy w kogoś, kto potrafi troszczyć się o innych. Pod warstwą mroku kryją się pokłady empatii, brutalnie stłamszone niegdyś podczas szkolenia w cytadeli.
Wizualna strona mroku
Za warstwę wizualną odpowiada tym razem Augustin Popescu, zastępując Ma Yi (autora rysunków do poprzednich tomów o Mrocznych Elfach). Początkowo miałem obawy co do tej zmiany, ale okazały się one bezpodstawne. Kreska nowego artysty jest bardziej realistyczna, brudna i „szorstka”, co idealnie oddaje duszny klimat Scarande. Mniej tu baśniowości, a więcej realizmu. Popescu rezygnuje z jaskrawych barw na rzecz brązów, szarości i głębokiej czerni. Miasto w jego wizji jawi się jako ciasne i niebezpieczne, a pieczołowicie oddana architektura oraz stroje budują wiarygodne tło dramatu.
Szczególne wrażenie robi mimika Gaw’yna. Rysownik potrafi uchwycić moment, w którym „bestia” przejmuje kontrolę – zmienia się spojrzenie, a ciało z rozluźnionego przechodzi w stan napięcia, gotowości do ataku. Sceny walki, choć nieliczne, są niezwykle dynamiczne. Krew na planszach ma odcień głębokiej, lepkiej czerwieni, co kontrastuje z ponurym otoczeniem i podkreśla symbolikę tytułu.
Podsumowanie
Elfy. Tom 15: Czarny jak krew to jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza odsłona całej sagi o Mrocznych Elfach. Dostajemy dojrzałą, smutną i wciągającą historię o niemożności ucieczki przed przeszłością oraz naturze silniejszej od woli. Album ten stanowi solidny pomost między dawnymi losami bohatera a jego nieuchronną, tragiczną przyszłością.
Dziękuję Wydawnictwu Egmont za egzeplarz do recenzji.





Odpowiedz