W pełnię dzieją się różne rzeczy. To wtedy najczęściej budzą się potwory znane w literaturze i kinematografii. Wilki uwielbiają księżyc… A nietoperze?
W co tym razem wpakuje się Bruce Wayne?
Na kogo może liczyć?
Gdy z laboratorium Doktora Langstroma ucieka bestia, Batman nie zwleka ani chwili i rzuca się w pościg. Los chciał, że potwór ma pewną zaraźliwą przypadłość. Lykantropię. Od tej chwili na Gacku ciąży okrutna klątwa, zmieniająca go co noc w krwiożerczego wilkołaka. Na szczęście w tej ciemności nie jest sam. Może liczyć na Alfreda, Zatannę, Langstroma i Johna Constantine’a.
Batman: Pełnia to horror. Pojawia się wiele brutalnych scen, krwi, walki i mroku. W powietrzu wisi klątwa, która musi być jak najszybciej zdjęta, ale czy w ogóle jest jakiś sposób, by się jej pozbyć? Historia polega na tym, że nietoperz próbuje pozbyć się nowej dolegliwości. Niestety jego postać w tej opowieści dosyć często mnie irytowała. Wiedząc, iż został zarażony, postanawia w pełnię wyjść i walczyć, bo to przecież Batman. Jego żadne klątwy nie ruszają, choć wiedział, że osobnik, który go ukąsił, również otrzymał swoje moce przez ugryzienie. No, może nie pomyślał (choć Alfred ostrzegał). Ogólnie, Batman został pozbawiony charakteru w Pełni. Nie jest interesującym bohaterem.
Scenarzysta Rodney Barnes również Zatannie nie pozwolił wykorzystać pełnego potencjału, choć wypadła zdecydowanie lepiej niż główny bohater. Troskliwa i próbująca pomóc, faktycznie działała z całych swoich sił. Rzucając zaklęcia (wypowiadając słowa od tyłu) robiła, co mogła, by pomóc Bruce’owi, z którym łączyła ją relacja romantyczna.
Doktor Langstrom to w sumie trochę zbędna postać. Próbował swoich sił w walce, miał dobre chęci chcąc uleczyć Bruce’a, ale nic z tego nie wyszło.
Podobał mi się za to John Constantine. Podejrzewam, że to przez jego zboczone żarty napisali na okładce „Tylko dla dorosłych”. Może chłopa nie było zbyt dużo, ale przynajmniej okazał się użyteczny. Brutalnie wpakowany przez Zatannę we friendzone, chętnie by przekopał Wayne’a, ale jego resztki kręgosłupa moralnego mu na to nie pozwoliły. Chwilami, może i humor seksualny był wplątany na siłę, ale nie przeszkadzało mi to jakoś mocno.
Cała historia wydawała się płytka i nie do końca opowiedziana.
Zabrakło głębi w bohaterach i jakiegokolwiek ich rozwinięcia. Na końcu, autor napisał, że chciał podkreślić gniew, jaki drzemie w bohaterze. Nie dało się tego zauważyć. Bestia czuła szał i złość, bo tego dotyczyła klątwa. Wejścia w głąb Batmana, nie było zbyt dużo.
Elementów horroru jednak nie zabrakło. Pojawił się mrok i brutalność. Rysunki Stevana Subica są wyjątkowo klimatyczne, chwilami niepokojące i idealnie pasujące do tematyki komiksu. Kolorystyka utrzymana jest w ciemnych barwach brązu i szarości, choć pojawiają się również inne barwy.
Nie mogę nie wspomnieć o okładce, która prawie zaprowadziła mnie na drugi świat. Wyobraźcie sobie, przebudzacie się w nocy i widzicie, że na półce coś się świeci. No demony. Bo dogłębnym zbadaniu sprawy doszłam do wniosku, że białe elementy na całej okładce są fluorescencyjne (czego wcześniej nie wiedziałam). Nadaje to wyjątkowości temu wydaniu i świetnie prezentuje się w dzień i w nocy.
Mimo że historia nie porywa, jest to komiks, po który możecie sięgnąć z czystej ciekawości. Świecąca okładka daje efekt „wow”, ale środek pozostawia niedosyt.
Dziękuję Wydawnictwu Egmont za egzemplarz do recenzji.





Odpowiedz